Strona główna
Internetowej
Gazety Katolików

Maria Żmigrodzka
Przeszli Golgotę Wschodu - "Ślady miękkich łap"


Godną przypomnienia książką Janusza Rautszki, opublikowaną przez Fundację "Nasza Przyszłość" w roku 2000, jest - mająca podtytuł "Opowieść o tragicznych losach polskiej rodziny kresowej. Historia niejednej ro-dziny". Składa się z trzech części: "Wilhelm", "Tatiana", "Stefan", a każ-da z nich przedstawia inny rozdział polskiej martyrologii.
Część I "Wilhelm" relacjonuje kilkumiesięczny pobyt policjantów polskich w obozie ostaszkowskim. Główną postacią jest Wilhelm Rautszko - -przodownik Policji Państwowej, komendant posterunku w Chinoczach, powiat Sarny, dzielący losy dwunastu tysięcy policjantów II RP. Umieszczeni na wyspie Iłowaja na jeziorze Seliger - odizolowani od wojskowych i straży granicznej - granatowi stróżowie prawa byli traktowani szczególnie suro-wo. Dużą grupę - pomimo zimowej pory - ulokowano w namiotach, na zewnątrz klasztorne-cerkiewnych zabudowań. Godzinami trwały długie, pojedyncze przesłuchania, dociekliwe i szydercze, lustrujące drobiazgowo cały życiorys, warunki rodzinne, socjalne, sprawy osobiste, służbowe i poglądy. Wiedząc, że śmierć tych więźniów jest nieuchronna, przewrotnie pytano każdego i zapisywano, gdzie i w jakim charakterze chciałby się osiedlić.
Zimno, głodowe porcje, robactwo, gangrena, zapalenie płuc i różne epi-demie zmniejszały stan osobowy obozu, a ciała zmarłych wrzucano do jezio-ra. Próby ucieczki kończyły się tragicznie.
Kapelani wojskowi, których w Ostaszkowie było około dziesięciu, po-tajemnie odprawiali nocą Msze święte, udzielając Komunii św. w postaci chleba z racji żywnościowych. Za ujawnione przypadki tych praktyk karano księży karcerem. W wigilię Bożego Narodzenia wszystkich duchownych wywie-ziono - podobnie było w Kozielsku i Starobielsku - i ślad po nich zagi-nął. Jeden, przeoczony przez nadzór obozowy, ksiądz sprawował jednak świąteczną Pasterkę.
Rozpoczęte 4 kwietnia 1940 r. i trwające do połowy maja wyjazdy transportów, zawierających codziennie do stu trzydziestu ludzi, których nazwiska podawano telefonicznie z Moskwy, na polecenie miejscowego kierownictwa były żegnane obozową orkiestrą. Jechali - jak im mówiono - do domu...
Wilhelm Rautszko opuścił Ostaszków 13 kwietnia 1940 r. Podobnie jak około sześciu i pół tysiąca pozostałych policjantów nigdy do domu nie wrócił. Po latach odczytano jego nazwisko na liście straconych. Koniec życia znalazł w kazamatach twerskiej siedziby NKWD, gdzie co noc w dźwię-koszczelnej kabinie, strzałem w głowę, uśmiercano pojedynczo ponad dwustu pięćdziesięciu wyznaczonych jeńców. Ciała grzebano w zbiorowych dołach śmierci koło Miednoje.
Cz. II książki pt. "Tatiana" - opowiada o tułaczce rodziny Wilhelma Rautszki - jego żony Tatiany i czworga dzieci małych w wieku 6, 8, 9 i i0 lat. Wydaje się dziwne, że dokładnie tego samego dnia, 13 kwietnia 1940 r., kiedy komendant Rautszko wraz z kolegami zostali wywiezieni z Ostasz-kowa i skierowani w swą ostatnią drogę do Tweru - jego najbliżsi znale-źli się w transporcie rodzin policjantów i wojskowych, zmierzającym na wschód. Podczas długiej podróży, w różnych miejscowościach kazano wysiadać niewielkim grupom, którymi mieli się zająć wyznaczeni tubylcy.
Tatianę z dziećmi pozostawiono w małej osadzie Milutinka za Uralem, niedaleko miasta Kustanaj. Zamieszkała w zasypanej śniegiem ziemiance, pracując nad siły w lesie przy wyrębie drzew. Po dwu latach przewieziono ich do Aralska, a stąd parostatkiem przez jezioro Aralskie do ujścia Amu-darii, następnie pociągiem w okolice Taszkientu. Ulokowano ich w o-toczonym wysokimi szczytami kołchozie, prowadzącym hodowlę owiec. Zatrud-niono tutaj matkę w owczarni. W marcu 1943 r. raz jeszcze przewieziono całą rodzinę do południowego Kazachstanu, w okolice miasta Czymkient, do kołchozu Kizył Dała, czyli Czerwona Góra. Tatiana i najstarszy chłopiec Stefan pracowali tam w polu i przy inwentarzu - otrzymując za to mini-malną ilość ziarna lub mąki, czym trudno było zaspokoić głód. Jesienią 1944 r. z wycieńczenia zmarła Tatiana; miejsce jej spoczynku nie jest znane.
Samego dna sięgała gehenna Czeczeńców, przesiedlonych tu z Kaukazu jeszcze przed wojną; nie mieli żadnych praw, pracowali osobno. Tylko raz na tydzień dostawali porcję zboża i kawałek czarnego chleba. Masowo wy-mierali z głodu. Zabicie Czeczeńca nie było karane. Sami sprawowali nad sobą sądy. Przestępców i winnych śmierci publicznie rozrywano na strzępy.
Cz. III "Stefan" opowiada o losach czworga sierot po śmierci Tatiany. Pozostawione samym sobie i nie budzące niczyjego zainteresowania, opuś-ciły kazachski kołchoz. Po niebezpiecznej i bezowocnej tułaczce szczęśli-wie trafiły pod opiekę Polki, p. Zofii, samotnej po śmierci swoich dzieci. Umieszczone w Domu Dziecka w małym miasteczku Sajramie - wychudzone, zawszone i z głodową puchliną, były przywracane do sił w izolatce; odży-wiane ostrożnie i stopniowo, by organizmy powoli przyzwyczajać do pokar-mów. Wkrótce mogły już korzystać z nauki prowadzonej w ich instytucji dla stu dwudziestu jej młodocianych lokatorów, gdzie uczyły się po polsku. Placówka miała wyznaczonego "opiekuna", który pilnował, czy szkoła nie jest za bardzo polska, a dzieci nie za dużo się modlą. Młodzież praco-wała też w kołchozie, za co ośrodek otrzymywał przydział produktów rolnych. Nigdy jednak żadne dziecko nie było w pełni syte, a rarytasem stawały się dwa ugotowane, samodzielnie zarobione dodatkową pracą ziemniaki.
Na wiosnę 1946 r. zlikwidowano Dom Polski w Sajramie i pozwolono jego mieszkańcom wrócić do kraju. Stęsknieni repatrianci powitali Ojczyznę łzami, ucałowaniem ziemi i pieśnią "Boże, coś Polskę".
Szczęśliwie ocalała czwórka dorastających dzieci Tatiany i Wilhelma przebywała w kłodzkim Domu Dziecka do 1953 roku. Po ukończeniu szkół każde z nich samodzielnie już układało swoje życie.
W czytelniku powstają refleksje: jakie winy popełniły rodziny zamor-dowanych polskich oficerów, że skazano je na poniewierkę, osiedlając na "nieludzkiej ziemi"? Dlaczego potem wielokrotnie przesiedlano deportowanych, przewożąc ich po terenie ZSRR setkami kilometrów, lądem i wodą? Komu mogli zagrażać bezbronni nędzarze?
Warto przeczytać i zachować w pamięci obydwie książki Janusza Rautszki. Wiedzieć - to także rozumieć, wyciągać wnioski i nie dać się oszukać okrzyczanym "autorytetom" fałszującym historię.
Ślady "miękkich łap" do dzisiaj czujemy na sobie...

J. Rautszko, "Ślady miękkich łap",
Fundacja "Nasza Przyszłość",
Szczecinek 2000.