Strona główna
Internetowej
Gazety Katolików

Maria Żmigrodzka
Ze wspomnień o Polskim Wrześniu - "Nikt im iść nie kazał"


Bogata oferta wydawnicza Fundacji "Nasza Przyszłość" w Szczecinku, obejmuje bardzo rozległe zagadnienia. Nawiązując do tematyki wojennej i łagrowej, trzeba wyróżnić książkę wymienioną w tytule niniejszego tekstu
Autor, Janusz Rautszko, na podstawie wspomnień uczestników, opowiada w niej o walce dobrowolnie podjętej przez ostrzeszowskich harcerzy w 1939 r. Uczynili podobnie, jak przedstawiciele poprzednich pokoleń, o czym w swoim wierszu pisał niegdyś poeta legionowy, Edward Słoński -- "Nikt im iść nie kazał - poszli, bo tak chcieli, bo takie dziedzictwo wziął po dziadach wnuk".
Przeżycia harcerzy, którzy dołączyli ochotniczo do Ostrzeszowskiego Batalionu Obrony Narodowej, są typowym przykładem losów wielu Polaków. Pod naporem niemieckiej armii i lawiną bombardowań, resztki rozbitych formacji wojskowych - skierowane spod Warszawy na wschód, ku Białej Podlaskiej, przez Brześć, Kobryń i Janów Poleski - w bezładnym odwrocie dotarły do Pińska. Stąd po reorganizacji miały ruszyć na zachód do walki z Niemcami. Tu 17 września otrzymano wiadomość o wtargnięciu na ziemie polskie wojsk sowieckich. Żołnierze od razu stali się świadkami dokonywanych przez lokalne mniejszości: białoruską, ukraińską i żydowską - rabunków broni, amunicji i żywności z miejscowych magazynów i pociągów. Zajmując nasz kraj, kolumny rosyjskich czołgów i samochodów torowały drogę piechocie, wspólnie z nią niszcząc barbarzyńsko wszystko wokoło. Z upodobaniem pod-palano domy, strzelając do kościelnych wież i zabudowań.
Lasem czerwonych chorągwi, transparentów, portretami Stalina i alko-holem witała "wyzwolicieli" część miejscowej ludności. Brutalnie potrak-towanych polskich jeńców powieziono pociągami na północny wschód, cy-nicznie objaśniając, że jadą do domu lub że "będzie z nich mięso dla psów".
Po kilkudniowej podróży transport około tysiąca dwustu osób, ze stacji Ostaszków przez jezioro Seliger, przemieszczono statkiem i barkami na wyspę Iłowaja do kompleksu budynków klasztornych zrujnowanej cerkwi. Codziennie przybywali nowi jeńcy i liczba uwięzionych sięgała wkrótce dwunastu tysięcy. Trzymani w karygodnych warunkach: w zimnie, głodzie, przy braku higieny i bez pomocy lekarskiej, podlegali dodatkowo uporczywym przesłuchaniom. Sformowano z nich tzw. korpusy: poznański, pomorski, śląski i wołyński, oddzielając wyraźnie granatowych policjantów. Jak okazało się potem, Sowieci od początku mieli wobec nich zbrodnicze plany. Ludzie ci, w liczbie prawie sześciu i pół tysiąca, w kwietniu i maju 1940 roku, zginęli rozstrzelani przez enkawudzistów w piwnicach twierdzy w Twerze. Zakopano ich w bagnistym uroczysku Jamok, niedaleko Miednoje. Gdy rzecz się wydała - obciążono tym czynem Niemców i trzeba było ponad pięćdziesięciu lat, by powiedziano prawdę i oficjalnie przyznano się do winy.
Pod koniec października 1939 roku wywieziono z Ostaszkowa około pięciuset jeńców transportem, który wrócił jednak po kilku dniach. Przy-puszcza się, że był to rodzaj eksperymentu, jak zachowają się więźniowie zamknięci szczelnie w wagonach i wożeni w różnych kierunkach; czy wzniecą bunt?
Na początku grudnia internowani harcerze - w gronie pochodzących z terenów zajętych wówczas przez Niemców około sześciu tysięcy "mun-durowych", którzy na mocy umowy okupantów, drogą wymiany, mieli trafić do strefy zarządzanej przez III Rzeszę - zostali włączeni do jednego z transportów jadących do Polski.
Bohater książki, Henryk Więcek, już wcześniej poważnie chory, podczas podróży w przepełnionym wagonie stracił przytomność i został przez konwój uznany za zmarłego. Położony na peronie w Rembertowie, wśród ciał nieżyją-cych pasażerów transportu, uniknął zbiorowej mogiły dzięki uwadze pol-skich kolejarzy i znalazł się w warszawskim szpitalu Maltańskim przy ul. Senatorskiej 40. Wspólnie ze spotkanymi tam trzema kolegami z Ostrzeszowa, rannymi w kampanii wrześniowej, szybko wracał do zdrowia. Poznał ciekawych ludzi i znalazł przyjaciół. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, złożył nawet konspiracyjną przysięgę, odbył szkolenie sabotażowo-dywer-syjne, wynajął skromne mieszkanie i zamierzał się uczyć. Zatrzymany w ła-pance ulicznej wiosną 1941 roku, został wywieziony na roboty do Niemiec.
W dużym gospodarstwie rolnym, u "bauera", przepracował do końca wojny wbrew temu, co dzisiaj się mówi, w bardzo trudnych warunkach. Miejscowy przedstawiciel NSDAP na specjalnych zebraniach instruował okolicznych gospodarzy, że mają traktować Polaków jak niewolników: wymagać 15. godzin pracy, bez odpoczynku w niedzielę i święta, ograniczać żywność, za wszystko stosować surowe sankcje. Nie pozwalać na praktyki religijne. Codziennością było bicie i kary pieniężne. Każdy polski robotnik musiał nosić żółty znaczek z fioletową literą "P". Za odmowę pracy lub ucieczkę groziło osadzenie w obozie koncentracyjnym, a nawet śmierć. Większość robotników nie miała wstępu do domów swych pracodawców; bytowała w pomieszczeniach gospodarskich, w sąsiedztwie zwierząt, bez ogrzewania i niezbędnych wygód. W zimie, także w czasie wielkich mrozów, bez jedzenia, odpowiedniego ubrania i narzędzi, wyznaczone brygady Polaków wycinały w lesie drzewa. Koniecznie należało wykonać wygórowaną normę. Wszystkich - i tubylców, i ich podwładnych - kontrolowała policja.
Aby zachować siły, wyrobnicy musieli "organizować" pożywienie, ale w każdej trudnej sytuacji pomagali bardziej potrzebującym. Ze swoich minimalnych zarobków robili zbiórki pieniężne na paczki wysyłane przyjaciołom zatrudnionym w fabrykach i obozach pracy.
Pamiętali o modlitwie, urządzali skromne wigilie i świąteczne spot-kania. Gdy nadarzała się okazja, zdobywszy przepustki, przemierzali kilka kilometrów, by uczestniczyć we Mszy św. w obozie francuskich jeńców. Udało się również po drodze odwiedzić Polaków w niedalekim oflagu. Niepokorni "niewolnicy" zdobyli też radioodbiornik, dzięki czemu wiedzieli o wydarzeniach politycznych. Wiadomości z nasłuchu przepisywali w wielu egzemplarzach, rozpowszechniając je w okolicy przez kolegów rozwożących mleko.
Koniec wojny pozwolił na powrót do Polski, chociaż wędrówka do domu nie przebiegała bez przeszkód.
Janusz Rautszko słusznie nazywa swoją książkę "zbeletryzowanym do-kumentem" i "historią wielu z nas". Dzięki niej raz jeszcze pokazana została prawda o niedawnej polskiej przeszłości; zapamiętana i rzetel-nie utrwalona. Prawda o pięknej postawie harcerzy, gorąco kochających Ojczyznę.

J. Rautszko, "Nikt im iść nie kazał"
Fundacja "Nasza Przyszłość",
Szczecinek 2001.