Strona główna
Internetowej
Gazety Katolików

Poniżej prezentujemy 103 wybrane „Notatki o kulturze” Stanisława Krajskiego, które ukazywały się w przeciągu ostatnich 3 lat w „Naszym Dzienniku”

  1. "Amerykańska papieżyca"
  2. Czy AWS propaguje astrologię?
  3. O książce raz jeszcze
  4. Cmentarzyska kultury
  5. Piękno czy oryginalność
  6. Narodziny paranoi
  7. Muzea XXI wieku
  8. Upadek uniwersytetów – upadek kultury i cywilizacji.
  9. Kultura żmij czyli blizna po matce
  10. Świat według Smirnoffa
  11. Kultura napalonych małolatów
  12. Bastylia: mit i symbol
  13. Bastylia: masoni w polskiej szkole
  14. Kretyn w klatce
  15. Winnetou i liberalizm
  16. Feminizm w polskiej literaturze
  17. Kultura i Święta Inkwizycja
  18. Kultura absurdu
  19. Demoralizacja i literatura polska
  20. Czy w Polsce jest polska telewizja?
  21. Kultura i śmieci
  22. Kultura szlachecka
  23. Disco-polo i kultura ludowa
  24. Globalizacja i kultura
  25. Nowe wynarodowienie
  26. Czy demokracja jest święta?
  27. Papież i Bono
  28. Elity i kultura
  29. Totalitaryzm w kulturze
  30. „Polski” teatr
  31. Znowu „Amerykańska papieżyca”
  32. Symbol daje do myślenia
  33. Codzienna magia
  34. Kto nam odebrał zadowolenie z własnego ciała?
  35. Kultura i cwaniactwo
  36. „Kultura” reklamy
  37. „Świat ma nową religię...”
  38. Elegancja i plastikowe naczynia
  39. Co się dzieje z książka katolicką?
  40. Ideologia i uniwersytety
  41. Kultura i bestsellery
  42. Zabawki i kultura
  43. Kłamstwo w kulturze
  44. Grzech śmiertelny piosenkarzy
  45. Rydzyk z Ełku
  46. Bóg pojawił się w operze
  47. Śmietnik w głowie
  48. Telewizja publiczna i kultura
  49. Film i upadek kultury – „Uśmiechnij się”
  50. „Święty nie ma czasu”.
  51. Delegalizacja Świętego Mikołaja
  52. Piękno i XXI w.
  53. „Nie jestem konsumentem. Jestem człowiekiem.”
  54. Kultura wściekłych krów
  55. Ile kobiety zostanie w kobiecie?
  56. Kultura i ogórki małosolne
  57. Skąd biorą się złodzieje?
  58. Manipulacja w kulturze
  59. Kultura, piękno, dobro i prawda
  60. Wolność kultury
  61. Piosenka jest dobra na wszystko
  62. Pustka w filmie
  63. Harry Potter – dyskretny urok New Age
  64. Literatura piękna i Harry Potter
  65. Harry Potter i czarna magia
  66. Harry Potter i książka katolicka
  67. Czytajmy Kraszewskiego
  68. Czy rządzą nami alkoholicy?
  69. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa?
  70. „Suki obronne”
  71. Antychryst w Warszawie
  72. Granice wolności
  73. Piękno w naszym życiu
  74. Arystokracja i kultura
  75. Wolność kultury
  76. Synteza wiary i kultury
  77. Manipulacja w kulturze
  78. Kultura, piękno, dobro i prawda.
  79. Telewizja publiczna i kultura
  80. Owsiak i kultura
  81. Kim był Bruno Schultz?
  82. Wakacje z poezją
  83. Nie szata zdobi człowieka?
  84. Kultura i klasa średnia
  85. Kultura i mądrość
  86. Poczytaj mi babciu
  87. Wakacje z kulturą
  88. Muzyka w służbie manipulacji
  89. Czy dzieci mają kaca?
  90. Schyłek kultury Zachodu
  91. Subkultura konsumpcji
  92. Religia konsumpcji i nowa kultura
  93. Unia Europejska i kultura polska
  94. Neuroteologia - schyłek współczesnej kultury
  95. Kultura i nowe wynarodowienie
  96. Kultura czy subkultura?
  97. Mieszczanin jaskiniowcem
  98. Socjalistyczne źródła liberalizmu
  99. Kultura i ignorancja
  100. „Mistrz i Małgorzata” i... SLD
  101. Jaka to kultura?
  102. Kłamstwo w kulturze
  103. Kultura pychy

    "Amerykańska papieżyca”

    Kilka lat temu jeden z dziennikarzy opisał następujące wydarzenie. Do zarządzającego Dworcem centralnym w Warszawie przybiegł zadyszany i przerażony kolejarz: "Szefie w księgarniach na terenie naszego dworca sprzedają Szatańskie wersety". "Szef" zareagował natychmiast: "Biegnij i powiedz im, żeby to wycofali, bo jeszcze ci islamiści wysadzą nam dworzec w powietrze." Kolejarz pobiegł. Wrócił jednak uspokojony po paru minutach: "Szefie to nie są Szatańskie wersety islamu tylko Kościoła katolickiego." Dyrektor dworca natychmiast się uspokoił: "No to nie mamy co się martwić. Katolicy to spokojni ludzie."

    Tak na marginesie. Trzeba by tu zadać pytanie: Czy rzeczywiście brak reakcji ze strony katolików związany był z ich "spokojem" czy raczeh z ich religijną obojętnościa?

    Nie to jest jednak tematem naszych rozważań. Kolejarze mówili o książce Esther Vilar pt. "Amerykańska papieżyca" wydanej przez Interart w 1995 r. Książkę tę ostatnio udało mi się nabyć za grosze w księgarni taniej książki. Przeczytałem ją uważnie i, mogę powiedzieć, z pewną satysfakcją.

    Książka jest, co prawda, bluźniercza. Aż dziw, że przez lata zalegała bez żadnej reakcji półki księgarskie w kraju, o którym mówi się wciąż, że jest katolicki. Książka ta jednak godna jest uwagi ze względu na dwie zawarte w niej myśli.

    Kościół opisany w tej książce (która jest mową intronizacyjną pierwszej "papieżycy") ma już niewiele wspólnego z chrześcijaństwem. To mieszanina liberalizmu, elementów doktryn lewicowych i pogańskich. "W tej mowie intronizacyjnej chciałam pokazać, jakie skutki musiałaby za sobą pociągnąć stopniowa liberalizacja i zubożenie Kościoła katolickiego, i spytać postępowców, czy te skutki rzeczywiście są pożądane i czy w razie potrzeby dałyby się odwrócić."

    Myślę, że warto tę książkę nabyć i podarować znajomemu "postępowcowi". Niech spróbuje odpowiedzieć, w swoim sumieniu, na te pytania.

    Vilar uważa, że to co najbardziej zagraża ludzkości to wolność rozumiana w znaczeniu "róbta co chceta". Wolność ta, według autorki, niszczy ludzi duchowo, moralnie i fizycznie. Trzeba ją więc jakoś pozytywnie ograniczyć. "Ponieważ tak czy owak potrzebują czegoś, co ich uratuje przed własną wolnością - mówi "papieżyca" - lepiej, ażeby wpadli w nasze ręce, niż w ręce dyktatorów." Vilar tak to komentuje. Dobra religia, religia, której ludzie potrzebują, która coś im da musi być surowa i niekontrolowana z zewnątrz.

    Autorka jest osobą niewierzącą, sceptyczką i cyniczką. Jednak w pewnym momencie stwierdza: "Gdyby sytuacja zmusiła mnie do wybrania którejś z religii kolektywnych, na pewno zdecydowałabym się właśnie na tę religię (Vilar mówi wyraźnie o katolicyzmie podkreślając, że protestantyzm "nie wchodzi w grę").

    Autorka wkłada w usta swojej "papieżycy" wiele racjonalnych argumentów.

    Warto przedstawić je tym, którzy pozstając, jeszcze, w łonie Kościoła wciąż wychwalają pod niebiosa inne wyznania czy religie i chą upodobnić do nich naszą wiarę.

    Czy AWS propaguje astrologię?

    Jak pisałem już o tym wielokrotnie żyjemy w czasach konfrontacji dwóch kultur: chrześcijańskiej i pogańskiej. Ta pierwsza istniejąca w Europie od dwóch tysięcy lat głosi cywilizację miłości, promuje takie wartości jak prawda, dobro i mądrość. Mądrość związana jest z rozumem funkcjonującym zgodnie ze swoją naturą, a więc rozumem, dla którego podstawowym kryterium jest realna rzeczywistość, a więc mówiąc inaczej fakty, które się obiektywnie stwierdza, rozumie, odnajduje ich przyczyny i skutki. Stąd jedna z podstawowych prawd głoszonych przez Kościół, ostatnio podkreślanych przez papieża Jana Pawła II o zgodności rozumu i wiary (świat jako dzieło Boże jest również Bożym objawieniem; trzeba go więc zawsze brać pod uwagę). Kultura chrześcijańska jest kulturą, w której najważniejsze są osoby. Pierwszą i najważniejszą z nich jest Bóg (albo raczej trzy osoby Boże).

    W kulturze pogańskiej teoretycznie najważniejszy jest człowiek. To on jest w niej Bogiem. Jako Pan i Prawodawca świata decyduje o wszystkim, również o tym kim jest i kim (lub czym) są inni ludzie. Dlatego jest coraz więcej osób, które nie są przez nią traktowani jako ludzie. Kultura ta promuje relatywizm poznawczy i moralny (nie ma prawdy i dobra bo każdy sobie je wymyśla). Rozum, jeżeli jest w niej ceniony, traktowany jest jako narzędzie twórcze lub instrument uzasadniania dogmatów pogańskich. Skutkiem tego jest irracjonalizm i odrywanie się od rzeczywistości. Przykładem, swego rodzaju wierzchołkiem góry lodowej, często początkiem „nawrócenia” na pogaństwo czy początkiem myślenia według jego zasad jest astrologia, która zasadza się na wierze w wielobóstwo i panteizm (wszystko jest absolutem), i która w świetle rozumu działającego zgodnie ze swoją naturą, a więc odwołującego się do faktów jest kosmiczną bzdurą. Kto upowszechnia astrologię ten upowszechnia w pierwszym rzędzie to, co zawsze w kulturze chrześcijańskiej nazywało się ciemnota i zabobonem.

    Mam w ręku los loterii o nazwie „Zodiak”, za która stoi Totalizator Sportowy Sp. z o. o, a więc instytucja, która o ile wiem, jest poda kontrolą państwa. W loterii tej można wygrać 500 tys. zł. Gdy wchodzimy do kolektury Totalizatora Sportowego i prosimy o los osoba tam zatrudniona pyta: „A jaki znak zodiaku” (na każdym losie jest jakiś znak zodiaku; można sobie wybrać „swój”). Gdy kupowałem taki los na potrzeby tego artykuliku i powiedziałem: „Obojętne” przedstawiciel Totalizatora Sportowego był zaskoczony. ”Jak to? Tak na chybił trafił?” – zdziwił się. „A jak postępują inni?” – zapytałem. „Prawie wszyscy biorą swój znak.” – odpowiedział.

    Ręce opadają. Czyżby w Polsce było tylu pogan. Ktoś powie; „Chyba pan przesadza? To tylko taka zabawa.” Otóż nie. Z pewnością nie. A jeżeli nawet to bardzo niebezpieczna. Wielu „ortodoksyjnych” pogan, którzy byli kiedyś ortodoksyjnymi katolikami straciło dusze przez astrologię. Świadectwo o ty daje chociażby autor książki „Czego nie powie mi horoskop?”, książki, która wyszła parę lat temu i która, podkreślmy to, posiada imprimatur. Człowiek ten nie tylko został, przez astrologię, poganinem ale wpadł również wprost w ręce szatana.

    Totaklizator Sportowy upowszechnia astrologię, a więc ciemnotę, zabobon, wiarę w wielobóstwo. Totalizator Sportowy służy też w ten sposób szatanowi. AWS, formacja niby chrześcijańska, za to politycznie i moralnie odpowiada choćby poprzez to, ze nie reaguje na ten skandaliczny fakt.

    I jeszcze jedno. Gdy ktoś zapyta Ciebie Szanowny Czytelniku spod jakiego jesteś znaku odpowiadaj nieodmiennie „Spod znaku krzyża”. Jeżeli zaś ktoś z Państwa będzie chciał kupić los niech prosi już raczej o los edycji „Cenny drobiazg”, który kosztuje tyle samo. Można tu, co prawda wygrać tylko 250 tys. zł (a więc o połowę mniej) ale czego się nie robi dla prawdy, dobra i Chrystusa. Finansowe wspieranie pogaństwa to, jak sądzę, ciężki grzech. A co na to księża?

    raz jeszcze.

    Na temat książki, jej wartości dla naszej kultury i wolności pisałem w „Notatkach” kilkakrotnie. Wracam jednak ponownie do tego tematu bo temat to bardzo ważny. Książka jest przecież fundamentem kultury, i fundamentem osobowej, prawdziwie ludzkiej wolności. Bez niej nie ma kultury, bez niej poganie zrobią z nami co chcą przez swoje kolorowe obrazki na ścianie jaskini (czytaj: kolorowe pisma, telewizja, filmy video).

    A z książką jest coraz gorzej. Coraz mniej osób ją kupuje. Coraz mniej po nią sięga. Młodzież, w zasadzie się nią nie interesuje. Wielu osób, oczywiście, po prostu na nią nie stać ale czy naprawdę wszystkich tych, którzy mówią, że nie maja na nią pieniędzy? Rynek kaset magnetofonowe i CD ma się przecież dobrze. Czy nie jest to zmiana w społeczeństwie na rzecz pogańskich „wartości” (a raczej chyba już barbarzyńskich; też poganie ale jeszcze bardziej prymitywni) ?

    Coś złego dzieje się też na rynku książki. Rynek ten ponownie (po czasach komuny) się ideologizuje. Powstaje nowa cenzura. Książki dzieli się na dobre i złe (złe są oczywiście ortodoksyjne książki katolickie, książki o duchu prawicowym czy narodowym, książki, które można nazwać książkami polskimi. Wielkie hurtownie o proweniencji pogańskiej i lewicowej się łączą i stają się jeszcze większe monopolizując powoli i konsekwentnie rynek i wypychając z niego hurtownie średnie i małe, przede wszystkim prawdziwie katolickie, polskie i prawicowe, a co za tym idzie nie wpuszczając w sferę swoich wpływów książek, które potrzebne są Polsce i Kościołowi, książek, które chcielibyśmy przeczytać. Na rynek wchodzą też zachodnie hurtownie, które mają coraz więcej udziałów w większych hurtowniach działających w Polsce i zachodnie wydawnicze koncerny, które przebijają polskie wydawnictwa jakością techniczną i ceną i przechwytują najbardziej chodliwe, w tym także polskie tytuły, klasyków, literaturę dziecięcą i młodzieżową. Gdy zwyciężą definitywnie na naszym rynku księgarskim pozostanie już tylko pogański chłam.

    Małe wydawnictwa, które wydają najbardziej wartościowe tytuły i większość książek ortodoksyjnie katolickich, polskich, narodowych i prawicowych upadają lub ubożeją i nie są w stanie sprostać potrzebom polskiej kultury. Potrzeby te zaś są olbrzymie. Powinniśmy przecież odrobić straty kulturowe jakie ponieśliśmy w latach komunizmu. Wtedy tysiące książek nie mogło się po prostu ukazać. Okazuje się, że teraz, choć nieco z innych względów

    (choć chyba tych samych w intencjach) również ukazać się nie mogą.

    Co my zwykli ludzie możemy zrobić? Słyszałem księdza, który w trakcie kazania powiedział: „Nie kupujcie kolejnej pary butów. Zamiast tego kupujcie książki.” No właśnie to jest ta droga. Trzeba kupować i oczywiście czytać. Trzeba też pamiętać, że główna bitwa tej wojny z poganami toczy się o młodzież. Zróbmy wszystko, by ją zwyciężyć. Jedną z wygranych jest nauczenie młodych ludzi miłości do dobrej książki, szacunku do książki, traktowania jej jako chleba codziennego. Każda metoda wychowawcza (czy to kija czy marchewki) będzie dobra byle była tu skuteczna. Jeżeli nasz syn, córka, wnuk, wnuczka nie czyta książek bądźmy przerażeni. Zróbmy wszystko, by zmienić tę postać rzeczy, by wzięli do ręki dobrą książkę. Może to kosztować nas wiele czasu, wysiłku, grosza ale, na Boga, pamiętajmy o tym, że walczymy tu o coś bardzo ważnego, w wielu przypadkach decydującego.

    Cmentarzyska kultury

    Muzea to miejsca, w których możemy zapoznać się z dorobkiem kultury. Znajdujemy tam piękne rzeczy – obrazy, rzeźby, meble, wiele przedmiotów codziennego użytku. Gdy je oglądamy jesteśmy zachwyceni. Potem wychodzimy na ulicę, wracamy do domu, idziemy do pracy czy szkoły. A tam co? Zgrzebna rzeczywistość. Domy pudełka, a w nich proste, niewyszukane, często wręcz brzydkie, otoczenie, przedmioty, o których nikt nie powie, że to dzieła sztuki, iż są piękne czy zachwycające. Niekiedy trafi się coś takiego, że powiemy – to jest ładne, estetyczne, wykonane ze smakiem ale, najwyżej tylko tyle. Dlaczego tak jest? Czy musi tak być?

    Gdy pisałem w „Notatkach kulturalnych” o architekturze zwróciłem uwagę na to, że architekci często dziś powtarzają, iż sztuka nie może zatrzymać się w miejscu, że musi iść naprzód, iż wciąż musi być coś nowego, że trzeba być nowoczesnym. O tej zasadzie będą mówić zapewne wszyscy artyści, producenci mebli, naczyń, innych przedmiotów codziennego użytku. Choć z drugiej strony, malarze i rzeźbiarze jeszcze przedstawiają się jako artyści. Wykonawcy pozostałych przedmiotów są już tylko producentami i gdyby zapytać ich czy są artystami zdziwiliby się. Czy nie lepiej powiedzieć sobie po prostu, wreszcie, że sztuka umarła, że nie mamy tu już nic do powiedzenia, że jesteśmy w tej perspektywie, ubodzy, że jesteśmy prostakami, dyletantami, dziećmi. Nie mówię oczywiście o nas odbiorcach ale o tych, którzy „meblują” nam świat. Chyba każdy z nas gdyby mógł zamieszkałby w pięknym domu, którego wnętrze wyglądałoby pięknie. Czy jednak na pewno?

    Kiedyś zwiedzałem jeden z domów w Łodzi, którego wnętrza wyposażone w początkach XX w. zostały wynagrodzone za artyzm na jakiejś światowej wystawie. Są tam piękne witraże i boazerie. Teraz mieszczą się w tych wnętrzach biura. Jedna z firm komputerowych wydała masę pieniędzy po to, by zastąpić te, będące arcydziełem boazerie nowoczesną tapetą w fikuśne, ale nowoczesne, ciapki. Co się z nami stało? Co z nami zrobiono?

    Jacques Maritain, wielki katolicki filozof, pisze w jednym ze swoich dzieł, że prawdziwy artysta jest pomocnikiem Pana Boga, że każde wielkie dzieło sztuki otwiera człowieka na Boga (przecież piękno jest jednym z Jego imion). Już w XVIII w. jeden z myślicieli katolickich powiedział, że ten świat cierpi na theofobię czyli, mówiąc inaczej, nie cierpi Boga. Może więc dlatego zabrali nam prawdziwą sztukę i zastąpili ją koszmarkami, w które wpisana jest ludzka pycha i małość. A może fakt, że odwrócili się plecami do Boga spowodował takie ich skarłowacenie, iż nie stać ich po prostu na więcej. Oni zaś tylko dorabiają różne teorie, by ukryć swoją niemoc.

    Odwiedzajmy jak najczęściej muzea, by nie zapomnieć o tym jaki powinien być nasz ludzki świat.

     

    Piękno czy oryginalność

    W poprzednich „Notatkach” pisałem o braku piękna w naszym otoczeniu, o tym, że dziś można je znaleźć tak naprawdę tylko w muzeach. Między innymi postawiłem w nich tezę, że jest to skutkiem niemocy twórczej spowodowanej oderwaniem się od Boga. Teraz chciałbym zastanowić się nad fenomenem oryginalności. Zobaczmy przybiera on irracjonalne formy. Weźmy choćby pod uwagę ceny wielkich dzieł sztuki. Powoduje to, że pojawiają się ich fałszerze. Często ich dzieła tak doskonale naśladują oryginały, że tylko badania przeprowadzone za pomocą skomplikowanej aparatury mogą wykazać fałszerstwo. Niekiedy falsyfikaty są tak doskonałe pod każdym względem, że trzeba prześledzić historię oryginału, by wykazać, że nie może pochodzić z tego właśnie źródła. Czym, w takim razie, falsyfikat różni się od oryginału? Jego wartość artystyczna jest przecież taka sama. Fizycznie i estetycznie są nie do odróżnienia. Bogate muzea biją się o oryginały i gardzą falsyfikatami. Co chcą eksponować? Piękno? Można je znaleźć również w doskonałych kopiach. Gdybyśmy zatrudnili wielu, nawet przeciętnych, malarzy i zlecili im skopiowanie największych arcydzieł światowych mielibyśmy pełny do nich dostęp. Ale nie, by obejrzeć wszystkie te dzieła musimy objechać cały świat. Większość z nas nigdy nie będzie miało możliwości, albo choćby czasu, na to, by tego dokonać.

    Czasami idąc ulicą zaglądamy do antykwariatów, w których znaleźć można piękne meble, obrazy i przedmioty codziennego użytku. Gdy mamy trochę czasu wchodzimy nawet do środka. Jesteśmy wtedy zachwyceni. Mówimy sobie to chciałbym mieć i to i tamto. Potem patrzymy na ceny i powracamy do rzeczywistości. Często też snujemy taka refleksję. A i tak nie warto. Pasowałoby to jak pięść do nosa do wnętrza naszego mieszkania. Ten wazon na moim stole obok biblioteczki z płyty pilśniowej wyglądałby po prostu śmiesznie. Ten sekretarzyk postawiony w moim pokoju krzyczałby głośno – jak tu brzydko, przypominałby o tym, o czym chciałbym zapomnieć, czego teraz na co dzień nie zauważam.

    Nie tylko nie chcą ale i nie umieją, taka jest prawda, już wytwarzać pięknych domów, obrazów, rzeźb, mebli i innych przedmiotów codziennego użytku, pięknych bibelotów, talerzy, waz do zupy, filiżanek, łyżek, nawet butelek. Czy nie trzeba tu trochę pokory, samokrytyki, trochę obiektywizmu? Czy nie warto wrócić do maniery z początku XX w. i zacząć kopiować i, choćby, naśladować. Czy XX wiek jest oryginalny? Chyba tak. Czy jednak możemy być z tego dumni? Czy ta oryginalność nie jest oryginalnością kloszarda na przyjęciu dyplomatycznym albo analfabety w gronie intelektualistów? Czy piękno nie jest ważniejsze od oryginalności?

    Narodziny paranoi

    Cóż to jest kultura? Kiedyś było takie ministerstwo, które nazywało się Ministerstwem Kultury i Sztuki. Nazwa ta wskazywałaby, że sztuka nie jest kulturą. Sztuka należy oczywiście do kultury ale ci, którzy wymyślili tę nazwę żywili widocznie przekonanie, że kulturą należy nazywać coś co jest jakoś niematerialne. Ich intuicja nie była zła. Nie zauważyli tylko, że sztuka odarta z tego, co duchowe nie jest już sztuką, a np. literatura piękna odarta z tego, co materialne (usuwamy np. z książki litery) przestaje w ogóle istnieć.

    Gdy studiowałem filozofię profesorowie uczyli mnie, że to przede wszystkim ona jest kulturą bo kultura to zapis doświadczenia i mądrości człowieka plus ,oczywiście, wierność temu zapisowi. W takim ujęciu etyka i będąca jej realizacją moralność stają się jedną z podstawowych płaszczyzn kultury. Kultura oderwana od prawdy (mądrość) i dobra czy pozbawiona relacji z nimi jest już tylko folklorem. Można więc powiedzieć, że koniec XX w. proponuje, przynajmniej na bardziej masową skalę tylko pewien folklor.

    Kultura jest czymś co funkcjonuje w dwóch podstawowych wymiarach: w wymiarze wspólnotowym i indywidualnym. Ten drugi wymiar związany jest z przyswojeniem sobie kultury przez jednostkę i życiem przez nią według jej zasad i wskazań.

    I zobaczmy mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem. Odradzająca się dziś kultura pogańska to, co jest już raczej tylko folklorem znajduje się na bardzo niskim poziomie. Wielu z tych, którzy ją sobie przyswajają reprezentuje zaś bardzo wysoki poziom w tym przynajmniej sensie, że posiadają olbrzymią wiedzę, erudycję, w jakimś sensie klasę i potrafią konsekwentnie realizować jej wskazania, są mówiąc inaczej, poganami w każdym calu. Z drugiej strony istnieje prawdziwa, wielka kultura chrześcijańska ale ci, którzy ją reprezentują opanowali ją w nikłym stopniu (kto dziś z katolików zna choćby teksty ponad 30 Doktorów Kościoła, którzy wyznaczyli tę kulturę), a realizują ją tak jakby chcieli, a nie mogli, jakby była ona w nich tylko martwą erudycją, jakby w ogóle jej nie rozumieli i nie potrafili ukonkretnić jej w swoim życiu.

    Jeden z publicystów „Polityki” recenzując moją powieść „Narodziny Metanoi” nazwał swój artykuł „Narodziny Paranoi”. Nie powiem żeby mnie to zmartwiło. Oni przecież, a mam na myśli pogan nazywają skażenie natury naturą, a grzech normą, a nawet dobrem. To więc co nazywają paranoją jest z chrześcijańskiego punktu widzenia właściwe, ma prawidłowa relacje z prawdą, dobrem i mądrością. My wiemy, że to, co prezentują jest paranoją ale ta paranoja bierze się z kultury, która jest paranoiczna. Ludzie jej wierni w swej wierności nie są paranoiczni bo konsekwentni. Największą paranoja zatem pojawia się w chrześcijaństwie gdy chrześcijanie nie myślą i nie żyją zgodnie z chrześcijańska kulturą. Tu jeden przykład. Rozmawiałem z katoliczką, która jest sprzedawczynią w sklepie spożywczym będącym własnością katolika. W sklepie tym sprzedaje się prezerwatywy i pornografię. „Ale my nic złego nie robimy – powiedziała ta kobieta – Nie sprzedajemy tego dzieciom i nie wystawiamy tego w najbardziej eksponowanych miejscach”.

    Dlaczego tak się dzieje. Ci ludzie są oczywiście temu winni ale czy jeszcze bardziej winny nie są księża z miejscowej parafii, którzy im nigdy z ambony nie uświadomili, że to paranoja i klienci katolicy, którzy nie reagując na ten fakt utwierdzili w nich przekonanie, że wszystko jest w porządku.

     

    Muzea XXI wieku

    Kiedyś wielu rodziców prowadziło swoje dzieci w niedzielę do muzeów. W Warszawie można było spotkać całe rodziny w Muzeum Narodowym. Dzieci obcowały wtedy nie tylko z pięknem ale i z kulturą w jej bardzo istotnych wymiarach. Po pierwsze samo piękno otwierało je na wszystko to, co wielkie, mądre i wspaniałe. Po drugie prawdziwe dzieła sztuki mają zawsze jakieś pozaestetyczne przesłanie, niosą za sobą ważne filozoficzne i teologiczne prawdy, są zapisem mądrości Bożej i ludzkiej. W salach, gdzie znajduje się polskie malarstwo można było przy okazji zrozumieć, że jesteśmy wielkim, europejskim narodem o bogatej i dojrzałej tradycji. W salach, w których eksponowano sztukę religijną można było nauczyć się wiele o Panu Bogu, pojąc jakoś lepiej Jego miłość do nas i to jak bardzo człowiek może kochać Boga, jak ważna jest religia w ludzkim życiu itp., itd. Wizyta w galerii malarstwa jest ponadto lekcją historii, która uświadamia nam, że nie jest tak jak wielu próbuje to nam dziś wcisnąć, że jest cos takiego jak postęp i że żyjemy, w związku z tym, w najlepszym możliwym świecie. Gdy bowiem patrzymy na wielką sztukę poprzednich wieków boleśnie uświadamiamy sobie ile ważnych, pięknych i wspaniałych rzeczy utraciliśmy, w jak wielu perspektywach jesteśmy zubożeni wobec tych, którzy żyli dawno temu.

    W muzeum rodzice nie rozmawiają ze sobą i z dziećmi o pieniądzach, kłopotach w pracy, chorobach, stopniach w szkole, zachowaniu sąsiadów, chamstwie, złodziejstwie itp., itd. Ale o tym, co wspaniałe, wielkie, piękne.

    Teraz w ostatnich latach XX w. rodzice, także katoliccy, prowadzają bardzo często, swoje dzieci do hipermarketów. Całymi rodzinami przechodzą od półki do półki podziwiając towary, komentując ich wygląd, użyteczność, jakość, cenę, śniąc marzenia w stylu – „Kiedyś i nas będzie na to stać.” albo „Jak wygramy milion w totolotka to tu przyjedziemy i każdy z nas będzie mógł kupić co tylko będzie chciał.” Dzieci wzrastają w ten sposób w przekonaniu, że „mieć” to coś najważniejszego, ważniejszego od „być”, że konsumpcja to ten styl życia, który jest dobry i warty wyboru.

    Jacques Maritain wielki katolicki filozof pisał wiele o sztuce jako drodze do kontemplacji, prawdy, dobra mądrości i , co za tym idzie, Boga. „Pamiętaj abyś dzień święty święcił”. Realizując to przykazanie możemy po wyjściu z niedzielnej Mszy Świętej pójść całą rodziną do muzeum. Jeżeli jednak pójdziemy wtedy do hipermarketu to nie tylko naruszymy to przykazanie ale również wykroczymy przeciwko temu, które brzmi „Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.”

    Hipermarkety są muzeami eksponującymi kulturę i sztukę pogan. One są też ich świątyniami, w których w niedzielę odprawiają swoje nabożeństwa. Powinni o tym zawsze pamiętać katolicy.

     

    Upadek uniwersytetów – upadek kultury i cywilizacji

    Fundamentem kultury i cywilizacji są uniwersytety – humanistyczne uczelnie, których podstawowym celem jest pielęgnowanie tradycji i spuścizny Europy, poszukiwanie prawdy i kształcenie przyszłych pokoleń w taki sposób by tę prawdę, tradycję i spuściznę przenosiły w codzienne życie, czyniły je jego podstawą, zachowywały dla przyszłych pokoleń. To na uniwersytetach kształcą się elity, które w oparciu o swoją formację i rozumienia kształtują wizję teraźniejszości i przyszłości, państwo, kulturę, szkolnictwo, codzienną praktykę życia społecznego.

    Co dzieje się z naszymi uniwersytetami? Przez pięćdziesiąt lat podlegały komunistom. Były wtedy nie tylko pod ich całkowitą kontrolą la e w znacznej mierze to oni określali ich charakter i kierunki rozwoju. W ten sposób uniwersytety polskie stały się lewicowe i ateistyczne.

    Po 1989 r. niewiele uległo poprawie natomiast wiele się pogorszyło. Kadra naukowa zubożała i zaczęła na gwałt szukać nowych źródeł dochodów zaniedbując, często z konieczności, pracę naukową i dydaktyczną. Młodzi przestali się palić do pracy na uniwersytetach a gdy już ją podjęli mogli wytrwać jako rzetelni naukowcy najwyżej kilka lat. Później proza życia stawała się coraz bardziej nieubłagana (małżeństwo, dziecko, konieczność dorobienia się samodzielnego mieszkania) i trzeba było zacząć dorabiać kosztem, oczywiście, swojej fachowej wiedzy i umiejętności. Liczba studentów wzrosła gwałtownie przekraczając w pewnym momencie tę granicę, na której kończą się normalne studia i zaczyna funkcjonować fabryka niedouczonych magistrów. Cóż to bowiem za studia gdy wykładów słucha się stojąc na korytarzu, osobisty kontakt z profesorem ma się raz na dwa lata przez piętnaście minut, a ćwiczenia zredukowane do minimum odbywają się w kilkudziesięcioosobowych grupach. Studenci tak jak i kadra nie są w stanie przeżyć bez podjęcia pracy, co powoduje, że niewiele mają już czasu na studia. Do tego pojawiają się studia zaoczne i wieczorowe, które z uniwersyteckimi studiami nie mają już nic wspólnego. Po 1989 r. ktoś wpadł na dobry pomysł ustanawiając tytuł licencjata i określając, że na studiach zaocznych i wieczorowych nic ponad ten tytuł nie będzie można uzyskać. To jednak nie wypaliło (wtedy spadłaby drastycznie liczba magistrów). Skutek – tytuł magistra zaczął mieć coraz mniejszą wartość. Młodzi ludzie coraz częściej stwierdzają – po co iść na dzienne, gdy łatwiej (i w sumie taniej) studiować tylko dwa dni w tygodniu.

    Skutek? Chamiejemy jako społeczeństwo. Ubożejemy nie tylko materialnie ale również kulturowo, a co za tym idzie i duchowo i moralnie. Jak powinniśmy zareagować? Potrzebne na, jak powietrze samokształcenie dokładnie tak jak podczas zaborów czy okupacji. Instytut Edukacji Narodowej to jakiś pierwszy krok w tym kierunku. To jednak wciąż za mało. Musimy kształcić się sami, kształcić swoje dzieci i wnuki i robić wszystko, by powstawał jak najbardziej skuteczny i coraz szerszy system samokształcenia.

    Kultura żmij czyli blizna po matce

    Zbliżały się właśnie Święta Bożego Narodzenia. Są to święta radości. Narodził się Zbawiciel. Jest z nami. Są to też święta Matki Bożej. Narodził się z Niej. Jej macierzyństwo, Jej matczyna miłość, którą obdarza również nas wszystkich, są także treścią tych świąt. „Matka” to zawsze było w chrześcijaństwie i w Polsce wielkie, święte słowo. Katolicka i polska kultura poświęcają matce i macierzyństwu wiele miejsca. Pisali o tym dużo nasi wielcy pisarze i poeci utrwalając w polskiej świadomości cały ten zespół wartości, który to słowo za sobą niesie. Na mnie osobiście największy chyba wpływ wywarł w tej mierze Kornel Makuszyński, a szczególnie jego książka „O dwóch takich co ukradli księżyc”, która jest jedną z największych, i to chyba nie tylko w polskiej literaturze, apoteozą matki. Jacek i Placek, przypomnijmy, uciekają od matki. Po wielu latach wracają do domu i spotykają starą kobietę: „Co tam robicie kobieto – zapytał Jacek. – Czekam tu z ostatnim bochenkiem chleba – ozwał się słodki głos. – Na kogo czekacie, dobra niewiasto? – Na synów moich, którzy mogą wrócić głodni...- O Jezu – mówił w gorączce Placek – ten głos!...ten głos!... Matko! – krzyknął nagle i jakby go wiatr zwiał z sidła, zeskoczył z konia. Po chwili staruszka mieszała łzy swoje z ich łzami. (...) z nieba zaczęły padać bez szelestu wieczorne lilie i róże.”

    Zaraz po ucieczce od matki chłopcy wpadają do dołu pełnego jadowitych żmij. Żmije syczą: „Śmierć!, śmierć! Ale wam nie zrobimy nic złego...sssss! (...)Bo wy jesteście nasi bracia. (...) Matka wykarmiła was i wyhodowała was na własnej piersi...Ssss! A wy ukąsiliście ja w samo serce... Nic złego wam nie zrobimy... Jesteście żmije....żmije....ssss.”

    Przejeżdżając przez Kraków zobaczyłem tam na ulicach wielkie bilbordy. Olbrzymie zdjęcie ludzkiego pępka i podpis: „Blizna po matce”. Blizna to coś co zostaje po ranie. Rana to coś bolesnego, cos czemu towarzyszy cierpienie, efekt jakiejś krzywdy. Tej „reklamy” nikt nie podpisał. Dla mnie jest to satanizm, obraza już nie tylko religijnych uczuć, samej Matki Bożej i Jej Syna ale również coś co godzi w moje najbardziej ludzkie uczucia, coś co obraża mnie i moją Matkę. Plemię Żmijowe zaczyna rządzić na naszych ulicach. Czyżby już nawet one do nas nie należały?

    Świat według Smirnoffa

    Ostatnio na ulicach polskich miast pokazały się bilbordy z reklamą książki pt. „Świat wg Smirnoffa” Niezorientowani mogliby się zdziwić co to za cudowna książka, na której reklamę przeznaczono miliony. Większość wie doskonale, że jest to reklama wódki. A przecież wódki w Polsce nie można reklamować. Zabrania tego prawo. No tak, ale formalnie jest to reklama tylko książki. Sądy są bezradne. Nie jest to pierwszy przypadek. W swoim czasie reklamowano rejs dookoła świata łódką Bols i wszyscy wiedzieli, że jest to reklama wódki. Od lat reklamuje się też w Polsce różne marki piwa. Formalnie są to reklamy piwa bezalkoholowego. W jednej z reklam mówi nawet o tym jej bohater przymykając jedno oko na znak, który najbardziej tępym jej odbiorcom daje do zrozumienia, że jest to tylko kpina.

    Wytwórcy wymienionych wódek i piwa kpią sobie w Polsce z prawa, kpią sobie z prokuratury, z sądów, z policji, z całego państwa, godzą w jego powagę i majestat. Ludzie ci kpią sobie z polskiego społeczeństwa, z cywilizacji i kultury mówiąc głośno choć nie wprost: „Jesteśmy ponad prawem. Liczy się tylko spryt, cwaniactwo, szmal.” Nikt na to nie reaguje. Dlaczego?

    Kultura wyznaczona przez prawdę i dobro jest kulturą ducha. Cywilizacja, którą tworzy ta kultura opiera się na prawie, którego duchem jest intencja prawodawcy zmierzająca do zachowania sprawiedliwości i służby dobru wspólnemu.

    Kultura oderwana od prawdy i dobra jest kulturą zagubioną, która wyznacza martwą cywilizację, cywilizację bezdusznej formy i litery, cywilizację pozorną kamuflującą tylko kryjące się za jej fasadą barbarzyństwo pełne pogardy dla wszelkich wartości.

    Polskie prawo nie ma dziś żadnego ducha. Tak więc np. jego nakaz: „Nie wolno reklamować alkoholu” jest tylko zbiorem słów, których znaczenia definiują pokątni prawnicy dla których liczy się nie sprawiedliwość ale pensja lub honorarium, słów, które nie mają już odzwierciedlać żadnej obiektywnej sytuacji.

    Żyjemy w świecie według Smirnoffa, świecie gdzie normy, zasady i wartości, o ile jeszcze istnieją, są przedmiotem manipulacji sprowadzającej je do „parteru”. Liczy się co innego. Co innego wyznacza rytm społecznego życia. Szatana słychać śmiech.

    Ostatnio jadąc samochodem Aleją Niepodległości zobaczyłem na gmachu katolickiego liceum św. Augustyna olbrzymią reklamę, na której wielkimi literami napisane było: „Świat wg Smirnoffa” Czy nie jest to symboliczne?

    Ilu katolików w Polsce już akceptuje ten świat i żyje w nim bez zastrzeżeń? Jaka część polskiej młodzieży wychowywana jest do życia w tym właśnie świecie? Gdzie nasza wrażliwość? Gdzie nasza kultura, w której prawo było prawem, a sprawiedliwość sprawiedliwością.

    Kultura napalonych małolatów

    Ostatnio uczestniczyłem w dyskusji z młodzieżą na temat granic swobody artystycznej w filmie. Niektórzy młodzi ludzie bronili współczesnego filmu mówiąc, że jeżeli wymaga tego sytuacja wolno w nim pokazywać np. tzw. sceny łóżkowe. Zapytałem ich w tym momencie kiedy ostatnio widzieli innych ludzi podczas odbywania stosunku seksualnego. Po chwili milczenia odezwał się jeden z nich opowiadając o zdarzeniu, które przeżył mając dwanaście lat. Podglądał wtedy jakąś parę, która zaszyła się w nadwiślańskich zaroślach. Sala zatrzęsła się od śmiechu. Zaczęto mówić o „napalonych małolatach”.

    No właśnie czy ktokolwiek inny oprócz nich, i oprócz oczywiście różnej maści zboczeńców, podgląda, w codziennym życiu, innych gdy ci oddają się czynnościom zaliczanym powszechnie do intymnych? Czy można też znaleźć wielu ludzi, którzy chętnie będą to robili na oczach publiczności? Kiedy w filmach zacznie się pokazywać ludzi w ubikacjach, filmować wszystko to, co robią tam od momentu wejścia do momentu wyjścia?

    To, co nie jest normalne w życiu codziennym nie jest także normalne w sztuce. Tylko czy dziś to, co wczoraj nazywało się sztuką jest nią nadal? Jeden z krytyków filmowych napisał onegdaj, że od pewnego czasu filmy robi się dla przeciętnego widza, a tym jest nastoletni półanalfabeta. Tłumaczyłoby to wiele. Jednak nadal trudno mi zrozumieć jak to się w takim razie dzieje, że filmy z „momentami” oglądają z zainteresowaniem, a często z zachwytem, dorośli. Czyżby tak wiele osób nigdy nie dojrzewało? A może chorobą naszych czasów jest przedwczesne zdziecinnienie?

    Bastylia: mit i symbol

    W swojej wspaniałej książce „Przemyśleć historię” Vittorio Messori wielki katolicki publicysta ujawnia, że 14 lipca 1789 r. po słynnym ataku na Bastylię uwolniono w istocie siedmiu więźniów: czterech fałszerzy pieniędzy, dwóch obłąkanych i jednego maniaka seksualnego zamkniętego tam na życzenie rodziny. Zdobycie Bastylii jest jednym z mitów pogańskiej, lewicowej nowożytnej Europy. Przedstawiano je jako początek nowej ery – ery wolności i tolerancji. Jej zaczątkiem miało być uwolnienie z Bastylii więźniów politycznych, którzy cierpieli w niej za przekonania, więźniów, których aż do rewolucji Francuskiej miało być, jak mówili potem jej piewcy, tysiące, których w Bastylii miało być krocie, a którzy mieli już nie pojawiać się w od tego momentu w „postępowej” Europie. Zdobycie Bastylii jest do dziś obchodzone przez wszystkich „światłych” przywódców naszego kontynentu.

    Mit, jak wszystkie mity lewaków i pogan okazał się być tylko wyssaną z palca bajką. Dla nas istotna jest narzucająca się symbolika tego historycznego zdarzenia. Stara dobra Europa potępiała i więziła oszustów, złodziei i zboczeńców oraz izolowała od społeczeństwa niebezpiecznych dla otoczenia obłąkanych. Rewolucja Francuska ich uwolniła i uczyniła Europę ich królestwem, miejscem, w którym mogli realizować bez przeszkód swoje łajdactwa, perwersyjne zachcianki i wariackie teorie.

    Czyż dzisiaj nie mają decydującego wpływu na gospodarkę swoiści fałszerze pieniędzy, ludzie, którzy zrobili z niej przedmiot spekulacji i gry, w której pionkami są żywi ludzie, gry w której operuje się pieniądzem, który ma wartość tylko na papierze lub w postaci elektronicznego impulsu, gry, w której najwięcej zarabiają gracze, a najwięcej tracą ci, którzy chcą żyć z własnej pracy?

    Czy po tej rewolucji nie dyktowali Europie swojej woli szaleńcy spod znaku sierpa, młota i swastyki, a potem aż do dziś głosiciele wolności w takiej dokładnie postaci jaką proponował ludzkości największy z obłąkanych – szatan, wolności bez Boga, prawdy, dobra, miłości, będącej w istocie niewolą amoralnej anarchii?

    Czy teraz maniacy seksualni nie stali się pełnoprawnymi obywatelami, czymś więcej, swego rodzaju świętymi krowami? Czy to, co wczoraj było zboczeniem nie jest dziś jedną z przyjętych norm?

    Mity są tworami kłamstwa i tak jak ono prędzej czy później objawiają pustkę i absurd, która się za nimi kryje. Symbole, jak przyznają to nawet sami współcześni poganie, dają do myślenia. Kultura pogańska to kultura mitów. Symbolikę ceniło zawsze chrześcijaństwo. Pamiętajmy o symbolu jakim jest w istocie zdobycie Bastylii, symbolu, który sam się narzuca i obnaża prawdę o charakterze i zasadach otaczającego nas świata, świata, który coraz bardziej bliski jest swemu księciu. Odwołując się do symboli można jeszcze dodać: „Pozłota się zedrze, a świńska skóra zostanie.”

    Bastylia: masoni w polskiej szkole

    Po przeczytaniu rozważań Vittorio Messoriego na temat rewolucji francuskiej przypomniałem sobie, że moje biedne dziecko musiało się uczyć historii w drugiej klasie licealnej z podręcznika, którego współautorem jest jeden z liderów polskiej masonerii Tadeusza Cegielski. W podręczniku tym czytamy na stronie 357: „14 lipca mieszkańcy Paryża zabrali broń ze zbrojowni Inwalidów (...) i ruszyli pod bastylię.(...) Rozkaz strzelania do atakujących, wydany przez komendanta twierdzy przesądził o biegu wypadków. Wywiązała się regularna bitwa, w wyniku której Bastylia poddała się.” Jest to wszystko, co na temat ataku na Bastylie w nim znajdujemy.

    Z książki Messoriego „Przemyśleć historię” dowiadujemy się, że Bastylię zaatakowało około 400 osób i że „Gubernator Bastylii, de Launay zaprosiwszy na obiad przywódców atakującego tłumu (...) otrzymał od nich słowo honoru, że gdy się podda bez obrony, darują życie jemu oraz inwalidom, starym żołnierzom pozostającym pod jego rozkazami w twierdzy.” Dalej Messori opisuje jak rewolucjoniści po wejściu do twierdzy bez jednego wystrzału obcięli mu głowę i torturowali innych oficerów, między innymi obcinając im ręce.

    Z tego samego podręcznika dowiadujemy się, że w Wandei nastąpiło w sierpniu 1792 r. „wystąpienie chłopskie” z tego powodu, że chłopi nie otrzymali ziemi na własność (s. 359), a następnie, w lutym 1793 r. wybuchło tam powstanie, które było „odpowiedzią” na pobór do wojska uchwalony przez Konwent. A przecież nie trzeba wcale sięgać aż do prac katolickich historyków, by dowiedzieć się, że w Wandei wystąpiła w obronie Boga i króla pod sztandarem Najświętszego Serca chłopska „Armia Katolicka”.

    Komu tu wierzyć? (Jest to oczywiście pytanie retoryczne). Czyż nie żyjemy w zetknięciu z tą postacią kultury, o której Messori pisze, że jest podkulturą, intelektualna konstrukcją poddaną „powierzchownym, błędnym schematom szkodliwych frazesów”? Mi osobiście kojarzy się ta kultura ze słynnym powiedzeniem Boya-Żeleńskiego, że są ludzie, którzy myślą, mówią i piszą pod siebie.

    Kretyn w klatce

    Zygmunt Freud powiedział pewnego razu, że nie rokuje Europie dalekiej przyszłości ponieważ stworzyła ona taką kulturę, która uniemożliwia ludziom realizację znacznej części zwierzęcych przyjemności nie dając nic w zamian. Kultura ta oferuje, co prawda, przyjemności wyższego rzędu ale większość populacji nie reprezentuje takiego poziomu kulturowego, by móc te przyjemności przeżyć. Znaczna część Europejczyków, mówi Freud, czuje się więc obrabowana i pusta i będzie w coraz większym stopniu zmierzać do zniszczenia kultury, by odzyskać utracone przyjemności. W pewnym momencie kultura i państwo nie wytrzymają tej presji i ulegną unicestwieniu.

    Wydaje się, że Freud miał rację. Próba stworzenia, czy utrzymania, wysokiej cywilizacji i kultury bez religii (czytaj: chrześcijaństwa), a o tym mówił twórca psychoanalizy, który odrzucił przeciż religię i chciał zastąpić ją właśnie psychoanalizą jest z góry skazana na wcześniejszą czy późniejszą ale zawsze porażkę.

    Ktoś powie, że jednak problem ten rozwiązano w ten sposób, że starając się zachować pewne konieczne warunki cywilizacyjne i kulturowe oddano ludziom możliwość zaspokajania najniższych instynktów np. popędu seksualnego lub stworzono im pewne zastępcze bodźce (np. filmy nasycone przemocą). Czy jednak to wystarczyło? Chyba nie. Ludzie nie czują, że żyją, odczuwają pustkę. Rośnie w nich agresja, której nie potrafią wyładować inaczej niż poprzez przemoc. Stąd wandalizm, burdy na stadionach przekształcające się coraz częściej w krwawe jatki, alkoholizm, narkomania, samobójstwa itd. Coraz więcej osób potrzebuje coraz mocniejszych wrażeń, a w ostateczności jakichkolwiek wrażeń. Mnożą się więc „sporty” budzące dreszczyk emocji takie jak skakanie na linie z mostu, różnego rodzaju lotnie, paralotnie i spadochroniarstwo i inne „wygibasy” w ekstremalnych warunkach. Mnożą się swego rodzaju „gry wojenne” pokazywane w telewizji, w ramach których grupa ludzi walczących o wysoka nagrodę przeżywa różne wyimaginowane czy nawet realne niebezpieczeństwa.

    Ostatnio stały się też modne i cieszą się duża oglądalnością na całym świecie programy, które są dwudziestoczterogodzinną bezpośrednią transmisją z klatki, w której zamknęła się dobrowolnie (dla pieniędzy) grupa ludzi. Kamery i mikrofony tak są w tej klatce rozmieszczone, że nic przed oczami i uszami widzów, nawet najbardziej intymne czynności, nie da się ukryć. Ludzie w klatce, jak małpy, popisują się i strasznie nudzą, a inni przed telewizorami śledzą z uwagą i rumieńcami na twarzy ich „poczynania”. Pustka wewnętrzna widzów dochodzi do takiego ogromu, że sięgają po kawałek pustki innych.

    Przed wielką klatką przygotowaną przez włoską telewizję, w której znajduje się obecnie 10 osób różnej płci stoją od jakiegoś czasu, codziennie, demonstranci trzymając transparenty z hasłem: „Wypuśćcie tych kretynów”.

    Freud miał rację. Ta cywilizacja i kultura już się wali tylko w sposób, którego guru psychoanalizy nie przewidział. Formy bowiem cywilizacyjne i kulturowe, jak na razie trwają, ale już są puste. Kultura, która nie ma już zupełnie nic do zaoferowania rodzi zaś kretynów.

    Winnetou i liberalizm

    Złożony ostatnio grypą sięgnąłem w gorączce po lektury mojego dzieciństwa – książki Karola Maya. Czytałem je z tą samą radością co kiedyś ale również z coraz większym niepokojem. Książki te przeczytałem w dzieciństwie wielokrotnie. Ich treść jakoś utrwaliła się w mojej pamięci jako promocja pewnych pozytywnych wartości. Od lat powołuję się na nie często na wykładach z filozofii realistycznej, która wbrew nauce pogan podkreśla wciąż istnienie związków przyczynowo-skutkowych. Każdy skutek ma swoją przyczynę. Ta zasada nie tylko prowadzi do stwierdzenia obiektywnych prawd ale również pozwala nam rozumowo stwierdzić istnienie Boga i np. ustalić ludzką winę, stanowi więc również jakiś fundament zdrowej etyki. Gdy uczę jej studentów opowiadam jak Winnetou badając ślady na prerii (pewne skutki) stwierdza ich przyczyny - kto tamtędy przejeżdżał, jak szybko, jak dawno itd.. Książki Karola Maya uczą w jakimś sensie filozofii realistycznej.

    Uczą jednak, niestety, także pewnych złych rzeczy, co stwierdziłem właśnie podczas tej ostatniej ich mojej lektury. Obecne są w nich bowiem elementy doktryny liberalnej. Między innymi książki te promują typowo liberalną koncepcję rozwiązania problemu przestępczości. Ich pozytywni bohaterowie wciąż powtarzają, że przestępców należy traktować „po chrześcijańsku” jak braci, którzy zbłądzili, którym należy wybaczyć, których nie należy zbyt ostro karać. W powieściach Karola Maya przestępcy wielokrotnie uwalniani od kary popełniają wciąż nowe przestępstwa, mordują kolejnych niewinnych ludzi. Nie jest to jednak nauczką, dla pozytywnych bohaterów. Liberalne zasady stosunku społeczeństwa do przestępczości mają dla nich wyraźnie charakter dogmatyczny.

    Skąd ten fanatyczny liberalizm w opowieściach o Winnetou? Odpowiedź na to pytanie jest jasna i prosta. Karol May był przestępcą, który swoje powieści napisał w więzieniu. Jego punkt widzenia był wyjątkowo subiektywny. Zrozumiałe jest, że jako przestępca i więzień walczył o jak najłagodniejsze traktowanie przestępców i więźniów często wbrew logice i praktyce, które nawet w sytuacjach skonstruowanych przez niego podpowiadały bardziej surowe traktowanie zła.

    Rozumiem więc Karola Maya. Rozumiem wszystkich tych, którzy są w podobnej sytuacji co on, ich uczucia i emocje. Zrozumiałem, dzięki jego książkom, że liberalizm to filozofia kata, który przegrał lub boi się przegrać, kata który utnie nam głowę gdy tylko będzie w sprzyjającej do tego sytuacji.

    Feminizm w polskiej literaturze

    Feminizm stał się polskim problemem już w początkach XIX w. Zwalczał go i wyśmiewał Mickiewicz kreując w „Panu Tadeuszu” taki wizerunek feministki w osobie Telimeny, ze Norwid nazywał ją „petersburską metresą”. Mickiewicz przeciwstawiał kobiecie wyzwolonej Matkę-Polkę, która sama zyskała sobie równe prawa walcząc u boku mężczyzny i zastępując go gdy zginął lub poszedł na Sybir. Feminizm wyśmiewał Prus choćby w „Emancypantkach” gdzie główna przedstawicielka tego ruchu Howard głosi jego zasady tak długo jak długo jest starą panną. Gdy wychodzi za mąż staje się przykładową kurą domową. Feminizm miał też wśród polskich pisarzy swoich orędowników. Pisałem już w tej rubryce o tym jak promowała go Zapolska promując chcąc nie chcąc „wolną miłość”, rozwody i zasadę „róbta co chceta” choćby po trupach.

    Akcja propagandowa Zapolskiej odnosiła swoje triumfy ale była również dla wielu przestrogą, która powstrzymywała ich od akceptacji całkowitego „wyzwolenia kobiet”, które Zapolska ukazywała, tak przy okazji, w jego właściwym, amoralnym kontekście.

    Ostatnio jakoś się tak stało, że sięgnąłem po latach ponownie po powieść Włodzimierza Perzyńskiego znanego pisarza okresu międzywojennego pt. „Klejnoty”. Perzyński jest ewidentnie sto razy lepszym pisarzem niż Zapolska i z niezrozumiałych dla mnie względów zapoznanym. Powieść „Klejnoty” to literacki, nomen omen klejnot. Tylko jego końcówka kuleje i budzi zażenowanie. Powieść jest apoteozą ludzkiej pracy i potępieniem wszelkich „niebieskich ptaków”, które „nie sieją i nie orzą”, a zbierają i to głównie to, co im się nie należy. W pewnym momencie jednak pisarz przesadza i zaczyna, chyba z rozpędu, promować feminizm. Przesłanie książki traci swą siłę i logikę. Główna bohaterka z postaci wybitnie pozytywnej, wręcz heroicznej staje się śmieszną i żałosną fanatyczką zasad liberalizmu. Perzyński chyba tego nie chcąc ośmiesza feminizm i udowadnia, że konsekwentny liberalizm prowadzi w wielu dziedzinach do monstrualnego absurdu.

    Główna bohaterka, kobieta, która radzi sobie w życiu, która poprzez pracę zrodzoną z potrzeby ubóstwa broni swej godności i zyskuje pozycję społeczną wychodzi z miłości za mąż za majętnego mężczyznę. W przeddzień ślubu objawia narzeczonemu swoją „filozofię” mówiąc mu, że nie może pojechać w podróż poślubną bo ją na to nie stać, a za pieniądze męża nie pojedzie bo to by uwłaczało jej godności. Stwierdza też, że zaraz po ślubie jedzie na wieś szukać pracy, a z mężem będzie się widywać raz w miesiącu bo dla niej nie ma różnicy pomiędzy potępianą przez społeczeństwo kochanką-utrzymanką, a kobietą, która żyje z pieniędzy zarobionych przez swojego męża. Narzeczony pyta się: „A macierzyństwo?” Nasza bohaterka stwierdza: „Ja teraz nie chcę mieć dziecka.(...) Jak sobie tyle zarobię, żeby kilka miesięcy móc nie pracować, a potem pomagać ci materialnie przy wychowaniu naszego dziecka to je będę miała.” Mówi też: „Gdy za parę dni, po ślubie, zamieszkam u ciebie, to od razu zacznę ci płacić za swoje utrzymanie. A jak wyjdą mi oszczędności i nie dostanę jeszcze posady, to się u ciebie zadłużę, a potem z zarobku będę spłacała.”

    Powieść Perzyńskiego niezależnie od intencji autora pokazuje, że myślenie lewicowe i liberalne zaprowadzi zawsze każdego, jeśli jest konsekwentne, w ślepy zaułek, w taki absurd, który można już nazwać tylko głupotą.

    Kultura i Święta Inkwizycja

    Ostatni numer „Dialogu” (nr 8), miesięcznika poświęconego dramaturgii współczesnej zawiera materiał promujący dramaty Tirso de Molina dramaturga żyjącego na przełomie XVI i XVII w., które ukazały się ostatnio nakładem Zakładu Narodowego im Ossolińskich. Autor tego materiału Rafał Węgrzyniak ubolewa, że sztuki te nie są znane i wystawiane w Polsce, a warte są tego bo to i sztuka przez duże „s” i sztuka niezwykle aktualna. Węgrzyniak zachwala szczególnie „Zwodziciela z Sewilli”, który „pozwala na ukazanie konfliktu między swobodą obyczajową, jaka niesie za sobą współczesna kultura permisywna, a surowymi zasadami moralności katolickiej.” Poleca też inną sztukę de Moliny. „Podobnie Potępiony za niewiarę – pisze – służyć może konfrontacji dwóch całkowicie odmiennych typów religijności, fundamentalistycznej i liberalnej.„

    Już język używany przez publicystę „Dialogu” może budzić nasze zastrzeżenia. Cóż to bowiem za przeciwstawienie religijność fundamentalistyczna-religijność liberalna? Kogóż to poleca nam Węgrzyniak? Z jego materiału dowiadujemy sie, że de Molina to zakonnik potępiony przez Królewska Radę Kastylli Junta de Reformation, „mającą się przyczynić do poprawy obyczajów” za „skandal jaki wywołuje swoimi sztukami”, zakonnik, na którego Kościół nałożył ekskomunikę większą zakazując mu pisania sztuk i wierszy, którego Święta Inkwizycja oskarżyła, między innymi o „dwuznaczność moralną”, którego sztuki do dziś uznawane są przez wielu za „nieprzyzwoite”.

    Przy okazji publicysta „Dialogu” polemizuje z Pascalem, który twierdził: „Wszelkie silne rozrywki są niebezpieczne dla życia chrześcijańskiego; ale ze wszystkich wymysłów świata nie masz niebezpieczniejszego niż teatr.” Oczywiście dziś można polemizować z Pascalem stwierdzając, że niebezpieczniejsza od teatru jest telewizja. Jednak uwrażliwiając na zagrożenia moralne, które ona za sobą niesie nie można zapominać o innych nośnikach kultury i rozrywki.

    Dziś wielu katolików idąc za duchem tego świata oddaje pokłon kulturze i sztuce i cieszy się gdy ich dzieci w niej uczestniczą. Kultura to dobra rzecz ale trzeba pamiętać o tym, że obok niej funkcjonowała zawsze, a dominuje dziś antykultura, która niesie za sobą moralne spustoszenie. Kiedyś jej prawdziwe oblicze obnażała Święta Inkwizycja. Dziś ograniczony bardzo indeks ksiąg zakazanych prowadzi tylko pismo „Fronda”. Czy nie powinniśmy do niego wrócić w imię prawdziwej wolności i ochrony człowieka i kultury przed chorobami moralnymi i duchowymi, które zrodził tak obficie wiek XX, a które staną się zapewne swoistym AIDS XXI wieku.

    Kultura absurdu

    Kultura może wyrastać z mitów religijnych, ideologii i prawdy. Kultura wyrastająca z prawdy, a więc taka, jaką reprezentował Arystoteles, reprezentowało i reprezentuje chrześcijaństwo to kultura racjonalna, która rządzi się logika dwuwartościową (albo coś jest prawdą albo fałszem), opiera się na empirycznym doświadczeniu, odwołuje do zdrowego rozsądku, roztropności i, co najważniejsze, mądrości. Kultury wyrastające z mitów i ideologii są irracjonalne, nielogiczne (wewnętrznie sprzeczne), gardzą zdrowym rozsądkiem (według reprezentujących je „filozofów” jest on postawą prostaczków), nie wiedzą, co to roztropność, nie szukają mądrości. Efektem tego jest absurd pojawiający się w dziedzinie tak teoretycznej jak i praktycznej.

    W drugiej połowie XX w. takie kultury absurdu (tak o podłożu ideologicznym jak i odwołujące się do starych mitów pogańskich takich jak orfizm i kabała – korzenie masonerii) zaczęły zagnieżdżać się tak w Europie jak i USA. Ostatnio zetknąłem się z dobrym tego, szczególnie wymownym przykładem.

    W jednym z kanałów polskojęzycznych pokazano program o karze śmierci dla kobiet w USA. Gdybym go nie zobaczył to bym nie uwierzył. Na szczęście udało mi się, dla ewentualnego przekonania wszystkich niedowiarków, nagrać go na video. W programie przeprowadzono wywiady z kobietą skazaną za dwukrotne morderstwo na karę śmierci i oczekującą od kilku lat na wykonanie wyroku, z innymi kobietami (wypytywano je o stosunek do kary śmierci dla kobiet) oraz z „specjalistami” (tym razem mężczyznami) od wszelkich rasizmów i prześladowań za wiarę, przekonania, kolor skóry, płeć, preferencje seksualne itp. Wszyscy mówili to samo. Protestowali przeciwko temu samemu. Zgadnij drogi czytelniku, co mówili i przeciwko czemu protestowali. Myślę, że nikt nie zgadnie. Ja bym, w każdym razie, nie zgadł.

    Otóż uznano, że w USA nie ma równouprawnienia kobiet i mężczyzn i kobiety się obraża i poniża oraz traktuje w gorszy sposób niż mężczyzn, bo 99% wykonanych wyroków śmierci to wyroki na mężczyznach. Władze USA kierując się swoimi przeświadczeniami i opinia publiczną nie chcą wykonywać takich wyroków na kobietach i albo je odwlekają w nieskończoność albo zamieniają na dożywotnie więzienie. Kobieta oczekująca w celi śmierci żądała, w imię uprawnienia kobiet, wykonania na niej wyroku. To samo żądały inne kobiety i obrońcy ich praw. Nie będzie równouprawnienia płci w USA – krzyczeli wszyscy - dopóki na krzesłach elektrycznych nie zaczną smażyć się kobiety. Nasze panie feministki jeszcze tak daleko nie zaszły, ale są blisko żądając, aby kobiety nie przechodziły wcześniej niż mężczyźni na emeryturę.

    Zrozumiałe jakoś by było gdyby feministki i tzw. obrońcy praw kobiet żądali dla nich szczególnych praw. Ewidentnym jednak absurdem jest próba pogorszenia sytuacji kobiet w imię „inerpłciowej” sprawiedliwości. Ten absurd jednak się pojawił i mógł się pojawić, bo wyrósł z kultury, dla której absurd jest codzienna pożywka, dla której prawo naturalne i prawda o człowieku są tylko czymś godnym pogardy

     

    Demoralizacja i literatura polska

    Wróciłem ostatnio, po latach, do Zapolskiej. W ramach wakacyjnych lektur przeczytałem „Sezonową miłość” i jej kontynuację „Córkę Tuśki”. Co za grafomaństwo, ponadto ewidentny brak znajomości jakichkolwiek realiów, wszystko sztuczne i wydumane, wodolejstwo, histeryczna egzaltacja związana z faktami, które nie poruszyłyby nawet najbardziej wrażliwych i znerwicowanych osób. Jednym słowem dno. Przedziwne to, że Zapolska weszła do kanonu polskiej literatury, a taki np. dobry pisarz jak Tomasz Teodor Jeż się w nim nie znalazł.

    Ktoś zapyta się – to po co przeczytał pan te książki? Ano dlatego, że zainteresowała mnie ich wymowa ideowa i moralna. Wychowano nas w przeświadczeniu, że Zapolska była wielka bo zwalczała kołtuństwo, dwulicowość, fałsz, mieszczańską niemoralność strojąca się w piórka cnoty itd., itp., coś co nazwano, między innymi, dulszczyzną. W przeczytanych przeze mnie powieściach Zapolska prowadzi tą walkę (i to do końca) ale i prezentuje „pozytywne” wzory. Zwalcza więc małżeństwo jako takie, rodzinę, zwykłą ludzka moralność jako taką, wierność itp. Promuje rozwody, tzw. wolną miłość, pełny luz według zasady „Róbta co chceta”. Pozytywny bohater w pierwszej książce uwodzi mężatkę i uwalnia ją od „burżuazyjnych zahamowań” (zasad moralności chrześcijańskiej), w drugim zaś dobiera się do jej czternastoletniej córki. A to wszystko w imię wolności i szczęścia.

    Przekabacona przez niego Tuśka promuje „moralność” aktorską (na każdy sezon inna partnerka, kilka nieślubnych dzieci, życie od knajpy do knajpy) i ocenia resztę społeczeństwa: „Kołtuny, mieszczaństwo, burżuje, pasibrzuchy – cały wstrętny tłum tych porządnych ludzi, którym tylko chodzi o karierę, o pensje, o emeryturę, o...” Mąż na to reaguje: „Jakże chcesz aby życie ludzi, mających dzieci, tworzących rodzinę, inaczej się ułożyło?” Tuśka: „Wielka afera! My żony, pracowałybyśmy, a dzieci... – Machnęła ręką – Dzieci mogłyby się nie rodzić.” Tuśka ocenia też przeciętnych Polaków: „zresztą to wstrętne burżuje, które tylko pasą się cały dzień i o niczym nie myślą, tylko o żołądku i o swoich...obowiązkach.”

    W „Sezonowej miłości” Zapolska prezentuje ideał „prawdziwej” prawości, która polega na realizowaniu zasady: „Albo pani jest przywiązana do męża, więc nie możesz kochać Porzyckiego, albo pani kocha Porzyckiego, więc pożycie z mężem jest właśnie tym zabiciem w sobie prawości.” itd. itp.

    Tacy ludzie jak Zapolska byli prekursorami zasad, które dziś też w imię wolności głoszą jej różne Unie, zasad, od których stosowania robi się normalnym ludziom niedobrze. Zrobiło się i mnie niedobrze od lektury tych książek, ale nie dawałbym ich młodym ludziom, bo i dziś, myślę, mogłyby zrobić dużo szkody, szkody, którą zapewne zrobiły w wielu pokoleniach Polaków oddziaływując jako forpoczta „postępu” lub klasyka literatury.

    Czy w Polsce jest polska telewizja?

    Tydzień ferii zimowych spędziłem z rodziną na Słowacji. W naszym pokoju był telewizor. Można było w nim obejrzeć programy wszystkich stacji telewizyjnych słowackich i czeskich. Rano i wieczorem śledziłem je więc z zawodowym niejako zainteresowaniem, starając się dociec, co czują i myślą obywatele tych państw (jeżeli w ogóle można tego dociec na podstawie oglądania telewizji), kto tymi państwami tak naprawdę rządzi (tego już można było łatwo się domyślić) i jaka jest różnica pomiędzy ich a naszymi telewizjami.

    Do jakich wniosków doszedłem? Zacznijmy od końca. Te same seriale, te same filmy, te same konkursy i programy rozrywkowe. Słowacka wersja „Śmiechu warte” niewiele różni się od polskiej. Czeska wersja programu „Jaka to melodia” też nie odbiega wiele od polskiej edycji. Nawet program „Szansa na sukces”, który u nas prowadzi Mann, i w którym amatorzy śpiewają piosenki jakiegoś polskiego zespołu, ma swój wierny odpowiednik w tamtejszych telewizjach.

    Ta sama jest oczywiście „Ukryta kamera”, „Randka w ciemno”, „Gra o milion” itp., itd. Ta sama atmosfera w wiadomościach telewizyjnych (też o godz. 19.30) i ten sam charakter wiadomości i styl prezentacji. W każdym dzienniku mowa więc o katastrofach lotniczych, terrorystach, narodzinach czworaczków w Chicago i małej pandy w Londynie. W naszych wiadomościach miesiącami ani słowa o najbliższym sąsiedzie - Słowacji. W słowackiej i czeskiej telewizji przez tydzień ani słowa o Polsce. To też jest znamienne. Mówią nam o klęsce żywiołowej w Ameryce Południowej, a nie mówią o tym, czym żyją nasi są-

    siedzi. Jesteśmy niby blisko świata, ale w istocie jakże daleko.

    To jest właśnie globalizm. Powszechność, która nawet nie jest powszechnością, a tylko jakimś sztucznym, papierowym tworem anonimowych pogańskich oszołomów.

    Porównując, czy polska telewizja jest lepsza niż słowacka lub czeska? Niestety nie. Wydaje mi się nawet, że tamte są lepsze, że nawet prywatne telewizje w tych krajach jakoś starają się w większym zakresie promować kulturę przez duże K. Jesteśmy czterdziestomilionowym Narodem o wielkim dorobku kulturalnym. Czy nasza telewizja jakoś go prezentuje? Można powiedzieć, że jest to łyżka miodu w beczce dziegciu. W naszej telewizji, głównie państwowej, można jeszcze znaleźć jakieś polskie akcenty. Są to jednak tylko akcenty. Nie należą do nich jednak, i to trzeba podkreślić, rodzime seriale, nawet takie jak „Klan” czy „Złotopolscy”. Słowacy mają też swój „Klan” i swoich „Ztotopolskich”. Ich scenariusze różnią się tylko szczegółami od naszych seriali. Wygląda to tak, jakby Polacy byli w Polsce jakąś mniejszością narodową i to nie większą niż 3 proc. Naszego społeczeństwa.

    Słowacja ma niewiele ponad 4 miliony mieszkańców (z tego ponad 10 proc, to inne narodowości). Naród słowacki byt ponad 1000 lat pod zaborami. Jego inteligencja albo nie miała w ogóle szansy powstać, albo była wyniszczana lub kupowana. Pierwsze szkoły średnie zakładał tam ksiądz Hlinka w XIX w. Istniały krótko. Węgrzy nie pozwolili na ich funkcjonowanie. A jednak Słowacy mają swoją kulturę przez duże K. Z ich telewizji wynikałoby, że przynajmniej kilka razy przewyższa ona naszą, bo znaleźć tam można kilka razy więcej programów jej poświęconych. Kiedyś byliśmy wzorem dla sąsiadów, potentatem kulturowym. A teraz co? Spróbujmy przynajmniej dorównać Słowakom.

    Kultura i śmieci

    Odwiedziłem kiedyś z wykładem pewną polska miejscowość. Nocowałem tam u dobrych ludzi mieszkających w wielkim, kilkunastopiętrowym bloku. Dyskutowaliśmy wieczorem z gospodarzem o kulturze. W pewnym momencie wyprowadził mnie na balkon i powiedział: „Poczekajmy chwilę.” Już po minucie gdzieś z górnego balkonu poleciały śmieci. Po chwili ktoś wyszedł z wiadrem na sąsiedni balkon i śmieci znowu znalazły się na trawniku. „No i co pan powie o ich kulturze?” – zapytał gospodarz.

    Ostatnio przemierzyłem rowerem wiele okalających Warszawę miejscowości. Byłem, między innymi, pod Konstancinem i, z drugiej strony stolicy, pod Pomiechówkiem. Wszędzie w laskach, na łączkach, w przydrożnych rowach śmieci – worki ze śmieciami, stare lodówki, opony samochodowe, sterty plastikowych opakowań. Okropne. Potworne. Polska jest coraz bardziej zaśmiecona. Większość z tych śmieci jest wręcz niezniszczalna. Oznacza to, że za jakieś 20 lat nasz kraj będzie jednym, wielkim śmietnikiem. Proces ten zaczął się jakieś 10 lat temu gdy plastikowe, jednorazowe opakowania znalazły się w powszechnym użyciu, a ceny za wywóz śmieci stały się bardzo wysokie.

    A co to ma wspólnego z kulturą? Ktoś powie; „Związek jest oczywisty – brak kultury.” Cóż to jednak oznacza? Co to ma wspólnego z kulturą przez duże „k”?

    Ci, którzy zaśmiecają polski krajobraz to bezmyślni, leniwi egoiści w jakimś sensie bez sumienia. Napisałem „w jakimś sensie bez sumienia” bo większość z nich by nie zabiła i nie ukradła czy w jakikolwiek inny sposób nie zrobiła krzywdy drugiemu człowiekowi. Tutaj nie myślą o innych (jak i, do końca, o sobie) lub ważniejsza, po prostu, jest dla nich ich wygoda, portfel niż takie „drobiazgi” jak zaśmiecona łąka. Co to ma jednak wspólnego z kulturą? Czy człowiek kulturalny nie może być bezmyślnym, leniwym egoistą bez sumienia? I tu dochodzimy do zidentyfikowania jednego z podstawowych rysów prawdziwej kultury.

    Tacy np. ludzie Unii Wolności to z reguły, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, ludzie najczęściej wielkiej kultury. A przecież chcą zamienić Polskę w jedno wielkie moralne, duchowe i kulturowe śmietnisko. Prawdziwa kultura to przede wszystkim mądrość i miłość. Ludzie mądrzy nie wyrzucają śmieci do lasu bo wiedzą choćby tylko to, że ten fakt, prędzej czy później odbije się negatywnie także na nich czy na ich dzieciach lub wnukach. Ludzie, którzy kochają innych nie robią im śmietnika z otoczenia. Ludzie mądrzy nie promują takiej wolności, którą już dawno temu zaproponował szatan bo wiedzą, że to prowadzi do zniszczenia człowieka, również ich samych. Ludzie, którzy kochają innych nie starają się zabrać im tego, co stanowi o ich tożsamości, a często i sensie życia – wartości i tradycji.

    Potrzeba nam jak powietrza prawdziwej kultury. Powinniśmy oczyścić naszą Ojczyznę –Polskę ze wszystkich śmieci.

    Kultura szlachecka

    Są narody, których kultura wywodzi się z kultury ludowej. Są też takie, w których dominuje kultura mieszczańska. Nasz naród jest jednym z niewielu chyba narodów, którego świadomość wyznacza kultura szlachecka. Ma to swoje dobre i złe strony. Tutaj chciałbym napisać o tych złych. Jedna z nich związana jest z tzw. złotą wolnością. Pisałem o tym już kilkakrotnie przy różnych okazjach. Pretekstem do podejmowania przeze mnie tego tematu była słynna wypowiedź Michnika w „Polityce”, w ramach której stwierdził, że to on jest polskim inteligentem i narodowcem. Początkowo polemizowałem z tą tezą. Potem stwierdziłem, że, w pewnym sensie, Michnik ma rację. Reprezentuje on (i jemu podobni) w zwulgaryzowanej, oczywiście, wypaczonej i wyolbrzymionej formie, najgorsze nasze szlacheckie tradycje prywaty, egoizmu, zauroczenia Zachodem, traktowania wolności jako najwyższej wartości (choćby liberum veto), doprowadzonej do absurdu tolerancji , tolerancji stawianej ponad prawdą i dobrem.

    Inną ciemną stroną faktu, że reprezentujemy kulturę szlachecką jest wpisane w świadomość wielu Polaków przeświadczenie, że należy im się (jako panom)życie nie tylko w dobrobycie ale i luksusie, że takie życie jest jeżeli nie czymś najważniejszym to w każdym razie podstawowym. To nie jest do końca tak, że konsumpcjonizm, filozofia życiowa, w ramach której „mieć” dominuje nad „być” są tylko efektem amerykanizacji i propagandy Zachodu (czy raczej dużych koncernów). Ta „filozofia” i propaganda trafiły, w wielu wypadkach, na dobry grunt. „Zastaw się a postaw się” to porzekadło ma w Polsce długą tradycję, tkwi gdzieś głęboko w mentalności naszych wielu rodaków. Stąd mamy najwyższe spożycie w Europie najdroższych trunków i tyle luksusowych samochodów, których właściciele aby spłacić za nie comiesięczną ratę muszą mocno zaciskać pasa (swojego i swoich dzieci).

    O. Jacek Woroniecki napisał kiedyś, że trzeba kochać swój naród. Kochać zaś – stwierdził – to chcieć dla kogoś dobra. To oznacza, że bierzemy to, co najlepsze z naszej tradycji, a odrzucamy to, co złe. Oznacza to też, że czerpiemy pełnymi garściami od innych narodów ale tylko to, co naprawdę dobre.

    Tradycja i kultura szlachecka to przecież również wspaniała tradycja i kultura szlachetnych rycerzy, kochających swoją Ojczyznę, wrażliwych na piękno, otwartych na wielkość, gotowych zawsze do poświęcenia, kierujących się honorem, wiernych nie tylko Ojczyźnie ale i Bogu, stających więc zawsze w obronie chrześcijaństwa (choćby pod Wiedniem), prawdziwych rycerzy Matki Bożej (jest Ona przecież naszą królową).

    Cieszę się, że reprezentujemy kulturę szlachecką tylko żebyśmy kontynuowali te jej wątki, które na kontynuację zasługują.

    Disco-polo i kultura ludowa

    Ostatnio byliśmy z całą rodziną na koncercie muzyki ludowej. W pewnym momencie żona powiedziała, że ta muzyka ją denerwuje. Zastanowiłem się nad swoimi odczuciami i stwierdziłem, że mnie też coś w niej irytuje. Po koncercie zaczęliśmy dyskutować na ten temat. Szybko doszliśmy do wniosku, że oboje reagowaliśmy negatywnie na to, nie potrafiliśmy tego precyzyjnie określić, co kojarzyło nam się z disco-polo.

    Cóż to jest disco-polo? Co to jest muzyka ludowa? Spróbujmy odpowiedzieć najpierw krótko na to drugie pytanie. Muzyka ludowa to sztuka powstająca spontanicznie w niewykształconych, stosunkowo wąskich środowiskach doskonaląca się przez pokolenia, przekazywana z ojca na syna, będąca zapisem autentycznych uczuć, emocji, odczuć i przeżyć i, w jakimś sensie, mądrości ludzi, których życie przebiegało w nieustannym kontakcie i zmaganiu się ( i czymś co można by nazwać przyjaźnią) z naturą.

    Muzyka ludowa ma w sobie, obok prostoty, a niekiedy i prymitywizmu, jakąś głębie, piękno, osobowy, prawdziwie ludzki rys. Niekiedy czuje się w niej dotyk transcendencji. Wielokrotnie spostrzegali to ludzie sztuki i czerpali całymi garściami z jej bogactwa. Miało to miejsce w muzyce poważnej i operze, niekiedy również w tzw. muzyce rozrywkowej. Ostatnio wiele elementów muzyki ludowej promuje między innymi Goran Bregowic i coraz bardziej popularny polski zespół BRAThANKI.

    Muzyka ludowa zaczęła umierać wraz z pojawieniem się i upowszechnieniem środków masowego przekazu, a więc wraz z pierwszymi elementami globalizmu. Od wielu lat jest już, w zasadzie martwa. Gdzieniegdzie się ja jeszcze kultywuje ale jest to, z reguły, jedynie przenoszenie w przyszłość tego, co powstało dawno temu, zabieg przypominający wszystkie te czynności, które związane są z ochrona zabytków. Coś ważnego więc zginęło. Coś ważnego przestało się uzewnętrzniać. Pojawiła się jakaś pustka.

    W to miejsce weszło disco-polo. Można je więc nazwać neoludową muzyką. Jest to produkt cywilizacji końca XX w., który chyba najlepiej wskazuje na jej degenerację i bliski koniec. Nie jest to sztuka oryginalna i autentyczna, a raczej uboczny produkt prymitywizującej wszystko globalizacji. Korzenie disco-polo tkwią w muzyce ludowej ale to, co z nich wyrasta przesiąknięte jest do głębi tym, co w innym poziomie reprezentuje MacDonald i coca-cola. Disco-polo jest znakiem tego, że coraz bardziej jesteśmy jako populacja stechnicyzowanymi pigmejami, wypranymi z tego, co głębokie, piękne i ważne przez globalizacyjne pranie mózgu i duszy.

    Niektórzy twierdzą, że disco-polo to tylko margines. Dlaczego jednak politycy (znamienne, że głównie lewicy) odwołują się do tej „sztuki” w ramach swoich kampanii wyborczych. Robią to przecież w ramach najtańszego populizmu, a ten jest przecież odwołaniem się do emocji i, w jakimś sensie, woli większości.

    Czy disco-polo stanie się synonimem XXI wieku? Jeżeli tak to będzie to będzie to nowa era kamienia łupanego tym razem w perspektywie kultury.

     

    Globalizacja i kultura

    Przeczytałem w pociągu podczas wakacyjnej podróży drugą część książki „Park jurajski” Michaela Crichtona pt. „Zaginiony świat”. Uważam, że warto, a nawet trzeba czytać współczesne światowe bestselery. Dzięki temu można śledzić pewne procesy w kulturze, rejestrować zmiany które zachodzą w coraz bardziej manipulowanej świadomości ludzkości. Już w ksiązce „Dario Fo – świat rozbawi byle co” pisałem o tatalnym upadku literatury stawiając tezę, że ma to miejsce między innymi dlatego, że wybitni pisarze piszą dziś albo scenariusze albo sensacyjną tandetę za co otrzymują miliony dolarów. Gdyby pisali wielkie, poważne, głębokie, ambitne dzieła nie byliby ani sławni ani bogaci. Czy warto dla sławy i bogactwa zatracać swój talent, przekreślać sztukę przez duże „s”? Atmosfera końca XX w. jest taka, że mało kto potrafi postawić jakąś wartość ponad pieniądze i poklask. Ale nie o tym chciałem dziś pisać.

    Współczesne bestselery są w 90% dziełami propagandowymi przypominający w swej formalnej strukturze stalinowskie produkcyjniaki tyle że zrobionymi w sposób bardziej wyrafinowany, zakamuflowany, a co za tym idzie i bardziej skuteczny. Aby się o tym przekonać wystarczy wziąć do ręki pierwsze „z brzegu takie „dzieło”. Nie trzeba być specjalistą by przekonać się, że jest to mówiąc delikatnie czerwona, albo przynajmniej różowa propaganda. W większości tych popularnych sensacyjnych bestselerów, które czytałem pojawia się atak na chrześcijańskie wartości i prawicę jako taką. Chrześcijanin to najczęściej idiota lub zboczeniec, a reprezentanci prawicy to fanatycy, mordercy i kretyni.

    W „Zaginionym świecie” nie pojawia się akurat ani chrześcijanin ani reprezentant prawicy. Ich brak związany jest z tym, iż inna jest, niż zwykle, propagandowa wymowa tej książki. Jest to bowiem nachalna promocja prymitywnego, darwinowskiego ewolucjonizmu, który przedstawiany jest w niej jakie jedyna, naukowa prawda. Dla Crichtona ewolucja jest w sposób wyraźny jedynym i właściwym bogiem. Będąc jej fanatycznym wyznawcą pisarz nie przestaje jednak myśleć. Doprowadza go to do ciekawych wniosków na temat globalizacji. Pisze między innymi: „Osobiście jestem przekonany, że cyberprzestrzeń oznacza koniec naszego gatunku.(...) Sam pomysł oplecenia całej Ziemi jedną wielką siecią informacyjną oznacza początek końca. Każdy biolog wie, że małe odizolowane grupy rozwijają się szybciej. (...) Ludzie załamują ręce nad zanikaniem różnic gatunkowych wśród zwierząt zamieszkujących trzebione lasy tropikalne, zapominają jednak o własnych zróżnicowaniach intelektualnych, będących jednym z najważniejszych motorów postępu. A te znikają szybciej niż drzewa w dżungli. Nikt nie zwraca na to uwagi, dlatego myśli się o sprzężeniu 5 miliardów umysłów w jedną cyberprzestrzeń. To tak, jakbyśmy chcieli powstrzymać wszelkie procesy rozwoju. (...) Zapanuje globalny uniformizm.”

    Ten uniformizm już ogarnia kulturę, a kultura wyznacza przecież myślenie i postępowanie człowieka.

    Czy demokracja jest święta?

    Kilka lat temu napisałem książkę pt. „Polska, Kościół, święta demokracja”, w której starałem się pokazać w jaki sposób pogaństwo budując swoją cywilizację i kulturę czyni z demokracji sakralną strukturę, przez którą ma ujawniać się absolut. Dzisiejsi poganie idąc śladami Roussoau uznają boskość człowieka i stwierdzają, że jeżeli każdy jest jakoś bogiem to pełnia tej boskości może ujawnić się tylko w demokratycznych aktach. Demokracja staje się w tej perspektywie święta bo poprzez nią przemawia bóg. Stąd jednym z największych bluźnierstw jest dla neopogan „obraza” demokracji. W książce tej pisałem również o tym jak dziś katolicy stając się uczestnikami pogańskiej kultury i przejmują pogańskiej wierzenia i wartości.

    Ostatnio wpadł mi w ręce nr 5 „Miesięcznika Politechniki Warszawskiej”. Znalazłem tam artykuł E. Misiak pt. „Historia wielka i całkiem mała”. Artykuł zaczyna się od opisu wrażeń autorki z pobytu w Ziemi Świętej i udziału we Mszy św. sprawowanej tam przez Papieża. Kończy się zaś w sposób następujący: „Kiedy naładowana jak akumulator wróciłam do kraju, w naszej Dużej Auli powitał mnie wielki plakat: Demokracja nową formą niewolnictwa. Plakat informował o odczycie Stanisława Krajskiego zorganizowanym przez „Soli Deo”. Aby nie było wątpliwości informuję, że „Soli Deo” to Akademickie Stowarzyszenie Katolickie i powstało w roku 1989 w celu stworzenia nowej jakości w życiu publicznym. Myślę, a nawet jestem tego pewna, że stowarzyszenie, które ma dwa tak zobowiązujące przymiotniki w nazwie powinno raczej słuchać Ojca Świętego i tego, co mówi On młodzieży, niż Krajskiego.”

    Czy Misiak się coś nie pomyliło? Demokracja nie jest świętością na gruncie chrześcijaństwa. Papież ,mówiąc o świecie demokracji liberalnej mówi wiele o zniewoleniach jako ona niesie, o „strukturach grzechu”, „cywilizacji śmierci”, o odrywaniu przez nią wolności od prawdy (a to należy przecież do istoty współczesnej demokracji). To są te nowe formy niewolnictwa. Kiedyś niewolnik to był ktoś fizycznie zniewolony. Dziś nowi niewolnicy mają skrępowane dusze i umysły, a to jest o wiele gorsza postać niewolnictwa.

    Kultura pogańska, jak pokazuje wyżej przedstawiony przykład święci swoje triumfy.

    Papież i Bono

    W nr 11/2000 „Viva” znalazłem wywiad z niejakim Bono irlandzkim wokalistą „kultowej kapeli rockowej” U2, który jest dziś „na topie”. W wywiadzie tym dotyczący głównie szczegółów jego kariery pojawia się nagle następujące pytanie: „A co z twoją kampanią na rzecz redukowania długu trzeciego Świata? Czy papież, z którym się spotkałeś, zrozumiał Twoje przesłanie?” W pytaniu tym zawarta jest wyraźnie sugestia, że koncepcja redukowania długu trzeciego Świata jest dziełem Bono i czymś nowym i wręcz zaskakującym dla Papieża.

    Bono idzie za tą sugestią stwierdzając: „Naturalnie. Wysłał mi nawet list z wyrazami poparcia. Naprawdę jestem przekonany, że po tym, jak oddał się sprawie zburzenia muru berlińskiego, Jan Paweł II zdecydował się zaatakować kolejny mur, mniej polityczny, a bardziej gospodarczy i społeczny. Ten który dzieli bogatych i biednych.”

    W tej wypowiedzi jest, z kolei zawarta sugestia, że papież zajmuje się sprawami politycznymi i gospodarczymi. Drobna nieścisłość czy przekłamanie? Papież działa przecież w porządku wiary i moralności, w porządku prawdy i dobra.

    Czy mamy tu do czynienia z totalną ignorancją czy świadomym kłamstwem? Bardzo prawdopodobne, że ani dziennikarze „Vivy” ani Bono nigdy nie mieli w ręku żadnego tekstu podpisanego przez Jana Pawła II, że po prostu nie wiedzą o tym co mówi Kościół od lat w swoim nauczaniu społecznym, o jego wielokrotnych apelach w sprawie umorzenia długu krajów biednych. Bardzo prawdopodobne, że nie wiedzą tego redaktorzy zagraniczni „Vivy” i redaktorzy jej polskiej edycji. To jest jaki znak rozpoznawczy naszych czasów. Niechrześcijanie dużo mówią o konieczności zrozumienia odmiennych poglądów ale sami zamykają się w swoim ciasnym pogańskim światku i niczego poza nim nie rozumieją i nie chcą zrozumieć.

    Może to być też świadome kłamstwo. Taka jest ta współczesna kultura. Prawda się w niej nie liczy. Bono ma być nie tylko gwiazdą ale i autorytetem dla milionów. Trzeba do tego wszystko nagiąć. Bono jako nauczyciel Papieża. To dopiero hit.

    No, a cóż ten wielki autorytet, działacz społeczny walczący o byt biednych na całym świecie jeszcze mówi. Może ma faktycznie jakieś wielkie przesłanie. Spróbujmy go zrozumieć. Ostatnie pytanie jakie zadają mu dziennikarze brzmi: „Czy znów wybierasz się do Rzymu, żeby zobaczyć się z nim z okazji Jubileuszu roku 2000?” Odpowiedź Bono „powala na kolana”: „Nie, bo już się do niego nie odzywam. Odezwę się do niego dopiero, gdy odda mi okulary, które mi zabrał podczas naszego ostatniego spotkania.

    Mówi się, że pogaństwo to dziecięctwo ludzkości. Kochajmy dzieci. Dbajmy o ich wychowanie i edukację. Czy jednak świat się nie wali kiedy dzieci zaczynają być traktowane zbyt poważnie?

    Elity i kultura

    Kulturę tworzą elity. Tworzą ją nie tylko poprzez literaturę i sztukę ale również, a w zasadzie przede wszystkim wyznaczając duchowość i moralność narodu i społeczeństwa. One określają zasady współżycia, obyczaje, sposób myślenia, hierarchię wartości. One również nadają ton – dyktują sposób bycia i modę we wszelkich możliwych dziedzinach. Elity to inaczej arystokracja. Gdy zaczęto używać słowa arystokracja miało ono wskazywać na ludzi o najwyższym poziomie duchowym, intelektualnym i moralnym, ludzi poczuwających się do odpowiedzialności za całe społeczeństwo czy naród, pragnących dobra dla innych i działających na rzecz ogółu właśnie w imię tego dobra. Zadaniem elit czy, jak kto woli, arystokracji jest więc, między innymi, wychowywanie całego społeczeństwa do prawdy, dobra, miłości i prawdziwej wolności (wolności, której sens i zarazem granice wyznacza właśnie prawda, dobro i miłość), usprawnianie go w cnotach kardynalnych, moralnych, intelektualnych i społecznych.

    Jakie są dzisiejsze polskie elity? Czy w ogóle jeszcze istnieją? Czy są w istocie polskie?

    Ostatnio oglądałem w telewizji program poświęcony problemowi elit. Wszyscy jego uczestnicy przez elity rozumieli ludzi „sukcesu” związanych wprost lub pośrednio z kulturą, oddziaływujących na myślenie innych, posiadających duże pieniądze i jakoś znanych ogółowi czy przynajmniej wielu ludziom. Taka charakterystyka elit nie jest może do końca trafna ale jakoś odpowiada, jak się wydaje, pewnej prawdzie o współczesnym świecie.

    Jeden z przedstawicieli tak rozumianych elit powiedział: „Uznaję się za typowego przedstawiciela współczesnej elity. Wstaję o siódmej rano. Wyprowadzam psy na spacer. Idę do pracy. Wracam do domu o jedenastej. Wyprowadzam psy na spacer. Idę spać. Wstaje o siódmej rano wyprowadzam psy na spacer. Idę do pracy...”

    Ta wypowiedź, świetnie nota bene dobrana przez autorów programu, wskazuje jednoznacznie na to co jest dla tych dzisiejszych elit największą wartością (oczywiście pieniądze i sukces) i jaki musi być ich poziom intelektualny (przy takim trybie życia szybko są wyjałowieni i puści).

    Inny przedstawiciel współczesnych elit w Polsce szczerze i bez żenady stwierdził: „Współczesne elity to banda snobów, która wygrała wyścig szczurów. Elity dziś tylko nadają ton. Nic więcej. Mają wielkie pieniądze i wielkie wpływy. Tak naprawdę to są znienawidzone przez społeczeństwo.”

    Wydaje mi się, że przedstawione wyżej wypowiedzi nieźle charakteryzują sytuację w Polsce. Brak nam prawdziwej arystokracji ducha, prawdziwych elit, autorytetów, które wskazywałyby drogę ogółowi. W związku z tym ginie też nasza kultura. Społeczeństwo jest zagubione, także moralnie. Bez elit społeczeństwo jest jak człowiek bez głowy albo dziecko bez ojca i matki.

    Oczywiście nie brak wśród nas ludzi wspaniałych, wielkich, szlachetnych i mądrych ale „elity” broniąc swojego status quo robią wszystko by społeczeństwo ich nie zauważyło lub uznało za, mówiąc delikatnie, dziwaków.

    Wiek XXI zaczynamy więc w zagubieniu. Jeśli w najbliższych dziesiątkach lat Polska nie odnajdzie siebie, swojej kultury, swoich elit smutny jej los, smutny nasz los.

    Totalitaryzm w kulturze

    Kiedyś, jeszcze na początku XX w. każdy kto miał coś do zaoferowania społeczeństwu w dziedzinie kultury mógł do niego dotrzeć, przedstawić swoją propozycję, upowszechnić swoją sztukę, myśl, naukę. Każdy mógł napisać i wydać książkę w kilku tysiącach egzemplarzy (choćby nakładem autora), założyć czasopismo i wydawać je regularnie. Takich czasopism było wtedy tysiące. Każde prawie miasteczko miało swoje periodyki. Wszyscy mieli tu równe szanse. Panował pluralizm.

    Dziś kultura, tak jak gospodarka, została zawłaszczona przez garstkę „bogów”, którzy wszystko wiedzą najlepiej, którzy decydują jaka ona ma być i kto ma ją tworzyć. Dziś kultura to przede wszystkim telewizja, radio i wielkonakładowe czasopisma. One ją tworzą, one lansują nazwiska, prądy, trendy, estetykę, wartości, światopoglądy, dogmaty, także religijne (oczywiście pogańskie).

    Kultura stała się płaska, płytka, prymitywna, szablonowa. Pluralizm stał się w niej tylko pustym hasłem. Tysiące ludzi nie ma szansy na to, by ją tworzyć czy współtworzyć. Gdyby dziś narodził się Mickiewicz, Kochanowski, Słowacki, Prus czy Sienkiewicz wydali by swoje utwory w tysiącu (no, powiedzmy trzech tysiącach) nakładu ale nikt by tego nie zauważył. Książki poszłyby na przemiał, a panowie X i Y z telewizji czy jakiejś tam gazety dalej lansowaliby jakiegoś półgrafomana, który spełnia ich oczekiwania i wymogi tzw. politycznej poprawności.

    Wnioski? Trzeba uciekać od tej totalitarnej kultury, od tych środków bogatych, które bogate są tylko formą i siłą zniewalania i powracać do tych takich jak książka, teatr, wiersz, obraz środków ubogich poprzez które nie tylko wyrazić można najbogatszą treść ale również uratować wolność w kulturze a poprzez nią wszystkich tych wielkich ludzi, którzy dziś żyją pośród nas nie otrzymując nawet cienia szansy na to, by móc, choćby szeptem coś do nas powiedzieć, by móc przekazać nam, choćby tylko okruch, swojej wielkości.

    Ilu Kossaków, Fałatów, Kasprowiczów, Asnyków, Sienkiewiczów, Wyspiańskich itp. itd. żyje pośród nas i, w najlepszym razie, dokonuje tylko korekty „dzieł” spłodzonych przez nijakich, schizofrenicznych ulubieńców dzisiejszych Neronów?

    Symbol daje do myślenia

    Ks. Józef Tischner lubił często powtarzać powiedzonko jednego z idealistycznych filozofów – „Symbol daje do myślenia”. Powiedzonko to związane jest z idealistycznym (a także pogańskim) rozumieniem świata. Świat odczytywany wprost jawi się człowiekowi jako dzieło Boga, jako niezależna od świadomości człowieka rzeczywistość, w której obowiązuje nadane jej przez Boga prawo (tzw. prawo naturalne). Prawo to mówi, między innymi, że człowiek jest i pozostanie człowiekiem (że nigdy nie będzie bogiem) i jako taki musi się poddać wymogom prawdy i dobra. Jeżeli tego nie zrobi zginie jeżeli nie fizycznie to duchowo. Poganie, którzy marzyli o swojej boskości musieli więc odczytywać świat inaczej, odczytywać go tak, by jawił się im jako miejsce, w którym ich boskość staje się faktem. Wymyślili więc (pierwszy był tu Pitagoras), że świat należy odczytywać jako zespół symboli. To człowiek przecież decyduje o tym, czego symbolem jest dana rzecz. Decyzje jego przypominają tu decyzje Boże. Świat symboli to jednak świat ułudy, świat, który istnieje tylko w ludzkiej świadomości Symbole nie są kluczem do zrozumienia prawdy i rzeczywistości. Czy w takim razie symbol nie daje do myślenia? Ależ daje. Tylko, że efektem tego myślenia jest poznanie wyłącznie myślenia innych.

    Kiedyś w Zielonej Górze odbywał się Festiwal Piosenki Radzieckiej. Był on wienopoddańczym gestem wobec tych, który odebrali nam niepodległość, narzucili swoje prawa, żerowali na nas wyciskając nas jak cytrynę. Festiwal ten zorganizowali karierowicze i lizusi, a brali w nim udział ci, którym wszystko było obojętne oprócz własnej kariery, ci, dla których była to dobra okazja do wybicia się w górę. Nie ma już w Zielonej Górze Festiwalu Piosenki Radzieckiej bo nie ma już ZSRR. ( redaktorzy ND przeprawili na ZSRS). Teraz jest Unia Europejska, a w Zielonej Górze jest Festiwal Piosenki Zjednoczonej Europy. Czy to nie symbol? Symbol daje do myślenia. Ktoś powiedział, że dziś w Europie rodzi się Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. Czy ten zielonogórski symbol nie jest symbolem tego nowego kraju rad?

    Nowe wynarodowienie

    Kilka lat temu napisałem artykuł o pojawieniu się w Polsce zjawiska nowego wynarodowienia. Coraz więcej Polaków – pisałem – przestaje myśleć „po polsku”. Pisząc to miałem na myśli zanik patriotyzmu, myślenia polską racją stanu, w ogóle myślenia o Polsce i polskim narodzie.

    Ostatnio czytałem artykuł o madziaryzacji Słowacji i o walce Słowaków o kulturę narodową w XIX w. Podczas tej lektury uświadomiłem sobie, że nasza sytuacja jako żywo przypomina sytuację Słowaków w ubiegłym wieku. Być Polakiem to przecież w znacznej mierze, jeżeli nie przede wszystkim być zanurzonym w autentycznej polskiej kulturze. Gdzie my się z nią dziś stykamy. Chyba tylko w szkole na lekcjach języka polskiego choć i tam zachodzą niepokojące procesy redukowania kontaktu z tym, co najbardziej polskie. A poza szkołą?

    Amerykański film, kosmopolityczna kultura. Zajrzyjmy do księgarni. Najwięcej jest tam książek obcych autorów, a ci polscy są najczęściej tylko polskojęzyczni. Na listach bestselerów znajdują się pozycje polskie takich autorów jak np. Sapkowskiego, o których trudno powiedzieć, że reprezentują polska kulturę narodową. Teatry wystawiają również głównie sztuki obcych autorów. Zresztą coraz mniej ludzi chodzi do teatru i czyta książki. Nasz kontakt z kulturą zachodzi przede wszystkim za pośrednictwem telewizji, radia i prasy gdzie coraz częściej nawet nie wspomina się o wielkich polskich świętach narodowych. Króluje tam kosmopolityczny czy amerykański chłam, coś co nawet trudno nazwać jest kulturą, cos co przypomina bardziej kulturę aborygenów niż kulturę europejską.

    Słowacy reagując na wynarodowienie założyli jeszcze w XIX w., działające aktywnie także dziś, stowarzyszenie Macierz Słowacka, którego zadaniem było i jest kreowanie, obrona i krzewienie kultury narodowej. Czy nie powinniśmy także podjąć intensywnych działań w tym kierunku? Czy nie jest tak, że większość Polaków nie zauważa już nawet, że nie mają żadnego kontaktu z tym, co autentycznie polskie i jako Polacy powoli karłowacieją i coraz częściej giną?

    „Polski” teatr

    W ostatnich „Notatkach o kulturze” pisałem o nowym wynarodowieniu, o tym, że zanika polska kultura i że większość Polaków traci z nią kontakt. Dziś mała ilustracja tej tezy. Zobaczmy co w miesiącu lipcu proponują nam warszawskie teatry.

    Po pierwsze widać, że dotknęła je komercjalizacja. Coraz mniej klasyki a jeżeli już to prezentowanej w przedziwny sposób (np. „Dzieła wszystkie Szekspira(w nieco skróconej formie” czy „Książe Myszkin” według „Idioty Fiodora Dostojewskiego). Coraz więcej tzw. podkasanej muzy i lewicowej (czy wręcz lewackiej) współczesnej „produkcji (np. „Związek otwarty” Dario Fo będący oczywiście atakiem na małżeństwo, rodzinę i moralność jako taką).

    W lipcu wystawi się w Warszawie trzydzieści sztuk. Z tego osiem autorów polskich. Wydawałoby się, że nie jest tak źle. Toż to prawie trzydzieści procent. Cóż to są jednak za sztuki?

    Tylko dwie można zakwalifikować do polskiej klasyki. Obie to sztuki Gombrowicza, który, nota bene, wyśmiewał wciąż polską tradycję i starał się tworzyć nową już nie bardzo polską. A poza tym/

    Możemy obejrzeć jedna sztukę Sławomira Mrożka („Zabawa”), sztukę Stanisława Tyma, który od lat atakuje Kościół i wszystko to, co katolickie w swoich felietonach w tygodniku „Wprost”, sztukę o znamiennym tytule „Polaków życie seksualne”, komedię sytuacyjną Lidii Amejko czy teatralną inscenizacje książki Grzesiuka „Boso ale w ostrogach”.

    Toż to ta sama sytuacja co w XIX w. w poddawanej intensywnej madiaryzacji Słowacji. Słowacy zareagowali na ten sytuacje tworząc obejmującą praktycznie cały kraj sieć teatrów amatorskich wystawiających dobre słowackie sztuki. W polsce takie amatorskie teatry już zaczynają powstawać. O jednym z nich, teatrze Piotra Kowalewskiego z Ełku pisałem już dwukrotnie w „Notatkach o kulturze”. Takie teatry można jednak w dalszym ciągu policzyć na palcach jednej ręki (no może dwóch). Czy nie czas na to żebyśmy i w tej perspektywie zaczęli się budzić?

    Znowu „Amerykańska papieżyca”

    W 1995 r. pojawiła się na polskich półkach księgarskich książka Esther Vilar pt. "Amerykańska papieżyca" Jest to pozycja z gatunku clerical fictions. Napisana jest w formie mowy intronizacyjnej pierwszego papieża płci żeńskiej. Jest to książka bluźniercza ale zarazem jest to także książka, której przesłanie niektórzy katolicy powinni poważnie przemyśleć. Kościół w niej opisany ma już niewiele wspólnego z chrześcijaństwem. To mieszanina liberalizmu, elementów doktryn lewicowych i pogańskich. "W tej mowie intronizacyjnej - pisze jej autorka - chciałam pokazać, jakie skutki musiałaby za sobą pociągnąć stopniowa liberalizacja i zubożenie Kościoła katolickiego, i spytać postępowców, czy te skutki rzeczywiście są pożądane i czy w razie potrzeby dałyby się odwrócić."

    Vilar uważa, że to co najbardziej zagraża ludzkości to wolność rozumiana w znaczeniu "róbta co chceta". Wolność ta, według autorki, niszczy ludzi duchowo, moralnie i fizycznie. Trzeba ją więc jakoś pozytywnie ograniczyć. "Ponieważ tak czy owak potrzebują czegoś, co ich uratuje przed własną wolnością - mówi "papieżyca" - lepiej, ażeby wpadli w nasze ręce, niż w ręce dyktatorów." Vilar tak to komentuje. Dobra religia, religia, której ludzie potrzebują, która coś im da musi być surowa i niekontrolowana z zewnątrz.

    Autorka jest osobą niewierzącą, sceptyczką i cyniczką. jednak w pewnym momencie stwierdza: "Gdyby sytuacja zmusiła mnie do wybrania którejś z religii kolektywnych, na pewno zdecydowałabym się właśnie na tę religię (Vilar mówi wyraźnie o katolicyzmie podkreślając, że protestantyzm "nie wchodzi w grę").

    O przesłaniu tej książki pisałem już w „Notatkach” w zeszłym roku. Powracam teraz do tego tematu bo w warszawskim teatrze „Studio” odbyła się 3.06 br. premiera sztuki pod tym samym tytułem będącej inscenizacją teatralną książki. W „Informatorze Kulturalnym Stolicy” czytamy następujące streszczenie spektaklu: „Domy Boże walą się i są puste. Wierni masowo odchodzą od katolicyzmu i idą tam, gdzie religia (np. islam) lub sekta narzuca im surowe zasady. Wśród pozbawionego przywilejów i majątku kleru, szerzy się zobojętnienie i rezygnacja. Religia traci swój pierwotny sens.”

    Chyba wybiorę się na ten spektakl. Jestem bowiem ciekawy czy w „IKS” zaprezentowano przesłanie sztuki nieprawidłowo czy też jego reżyser Janusz Anderman tylko ten wątek książki zaprezentował warszawskim widzom.

    Codzienna magia

    Jest takie popularne pismo dla kobiet, które nosi tytuł „Na Żywo” Nosi ono podtytuł „Światowe życie”. Jakie to dzisiaj jest to światowe Życie? Zaglądam do nr 13. A tam: specjalne reportaże z trzech ślubów, między innymi Katarzyny Figury, doniesienia o kłopotach ze zdrowiem Christiny Aguilery, o końcu miłości Liz Hurley i Hugha Granta, o dobrym sercu gwiazdy futbolu Davida Beckhama. Najbardziej jednak światowa jest ostatnia strona pt. „Ryszard Zawadzki. Znam sekrety sławnych ludzi.” Ze strony tej dowiadujemy się, że Pan Zawadzki to psycholog z wykształcenia, a „tarocista z zawodu i zamiłowania”, że wróży z kart sławnym ludziom, przede wszystkim aktorom i że ci sławni ludzie walą do niego jak w dym i pytają się kart o wszystko, chcą aby one rozwiązały ich problemy i sluchaja ich jak ojca i matki, jak Pana Boga.

    Anonimowa osoba przeprowadzająca wywiad z Ryszardem Zawadzkim zadaje w pewnym momencie następujące pytanie: ”A czy zdarzyło się, że ktoś postąpił wbrew temu, co doradzały karty?” Wróż na to: „Czasami tak się dzieje. Kiedyś na przykład karty namawiały jedna z bardzo znanych aktorek, aby przyjęła rolę w głośnym już dzisiaj filmie. Ale ona z powodu animozji osobistych odrzuciła tę propozycję. Decyzja okazała się niefortunna.”

    Następne pytanie było takie: „Czy można uciec przed przeznaczeniem?” Odpowiedź; „Nie to jest karma, przed nią się nie ucieknie.” Kolejne pytanie: „Po co więc wróżyć z kart?” Odpowiedź; „By ominąć niebezpieczeństwa....” Pytanie: Czego można uniknąć, stawiając sobie tarota?” Odpowiedź: „Porażki, zdrady, bankructwa, choroby, a nawet przedwczesnej śmierci.”

    Cóż za ciemnota, zabobon. Po prostu rasowe pogaństwo. A upowszechnia to pismo mające w podtytule „Światowe życie” Czy to jest światowe życie? Ano tak przynajmniej w takim sensie w jakim księciem tego świata jest ojciec kłamstwa (ciemnoty i zabobonu) szatan.

    Kto nam odebrał zadowolenie z własnego ciała?

    Rozważania pod takim tytułem można znaleźć w lipcowym numerze (2000)pisma dla kobiet „Twój Styl”. Czytamy tam, między innymi: „nikt nie umie zrobić nam większej krzywdy niż my same. Plażowe piekiełko zaczynamy już przed urlopem w przymierzalni kostiumów kąpielowych. Na widok własnego ciała wpadamy w popłoch, złość, melancholię. A przecież nie wyglądamy w nim jak modelki, bo nie mamy na to szans. Dziewczyny do reklam są wyselekcjonowane z tysięcy. Znacznie wyższe i szczuplejsze niż średnia krajowa. I choć wiadomo, że próba dorównania im musi być nieudana, to jednak obwiniamy się, że nam nie wychodzi. – Nasza skupiona na wyglądzie kultura wywiera ogromną presje na kobiety – mówi psycholog Hanna Samson, - Tylko dziesięć procent kobiet akceptuje swoje ciało. A przecież nosimy je codziennie.”

    Cóż to za kultura, która odebrała kobietom zadowolenie z własnego ciała? Skąd się ta kultura wzięła?

    Oczywiście, że chodzi tu o kulturą pogańską. Kto nie wierzy niech przypomni sobie kult ciała w starożytnej, pogańskiej przecież, Grecji. Kulturę tę w znacznej mierze stworzyły i upowszechniają pisma dla kobiet, w tym „Twój Styl”. Czytelniczki tych pism nie tylko przestają lubić swoje ciała ale przestają również cenić siebie. Statystyki mówią bowiem, że większość z nich zaczyna cierpieć na totalny kompleks niższości (nie tylko nie to ciało ale również nie to życie, nie ten mąż, nie te dzieci, nie ten dom, nie ten samochód itd.)

    Chrześcijańska koncepcja człowieka mówi, że człowiek to dusza i ciało, że bez duszy lub bez ciała człowiek nie jest człowiekiem. Pogańska koncepcja mówi, że człowiek to dusza (w niektórych wersjach nawet demon) uwięziona w ciele. Ciało jest tu traktowane jako mieszkanie duszy. Mieszkanie można zmienić, można je przemeblować, odremontować. Mieszkanie nie jest mną to rzecz. Zobaczmy, że nawet psycholog zatrudniona prze „Twój Styl” myśli w ramach takiej właśnie opcji. Według niej przecież ciało „się nosi” tak jak sukienkę.

    Czy kobiety powinny być zadowolone z własnego ciała? Zobaczmy w takim postawieniu problemu ukryta jest pułapka pogańskiej kultury. Oczywiście trzeba dbać o własne ciało. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że moje ciało to ja. Taka (taki) jestem. Kiedyś byłoby truizmem powiedzieć, że to nie ciało jest najważniejsze, że ważne jest to, co w środku, że ważna jest miłość, szczęście itp. Kiedyś byłoby truizmem powiedzieć, że pieniądze szczęścia nie dają. Dziś, i należy o tym pamiętać, to nie są już truizmy.

    „Twój Styl” radzi polskim kobietom: „Zrób sobie wakacje od krytyki i kompleksów”. Doradzam to samo. Zrób sobie więc wakacje od „Twojego Stylu”, „Kobiety i Życie” „Hallo” itd., od tego całego pogaństwa, bądź sobą, człowiekiem stworzonym przez Boga do miłości, szczęścia, radości – do człowieczeństwa.

    Kultura i cwaniactwo

    Jechałem ostatnio pociągiem, wagonem I klasy z Warszawy do Ełku. Kupiłem bilet I klasy bo chciałem w pociągu opracować pilne materiały, zrobić notatki, przemyśleć parę problemów. Tak jak się spodziewałem byłem sam w przedziale. Wszędzie więc rozłożyłem swoje papiery i zabrałem się do pracy. Nie zaznałem jednak spokoju. W trakcie jazdy do mojego przedziału wsiadło w sumie 7 osób. Dosiadały się na kolejnych stacjach. Jednak już po pół godziny, góra godzinie opuszczały przedział „z hukiem”. Stanowczo bowiem wypraszał je konduktor ponieważ miały bilety II klasy i nie zamierzały zrobić dopłaty do I. Jednej osobie się udało. Konduktor nie zdążył jej wykryć Na dwie, które wtargnęły do przedziału przed samym Ełkiem machnął już ręką. Nie miał już siły użerać się z niesubordynowanymi pasażerami.

    Zobaczmy. Te osoby próbowały oszukać PKP korzystając z takich jego usług za jakie nie zapłaciły, a ponadto, tak niejako przy okazji, narażały na stratę innego pasażera (czyli mnie), który uiścił specjalną opłatę za to, by jechać w bardziej komfortowych warunkach. To jest właśnie cwaniactwo. Czym ono jest w swojej istocie?

    Cwaniactwo to zjawisko, które wiąże się zawsze z kłamstwem, przekroczeniem porządku sprawiedliwości, pewną krzywdą. Wykroczenia, które pociąga za sobą są drobne. Uchodzą na sucho. Z moralnego punktu widzenia też nie są często potępiane przez polskie społeczeństwo. Być może dlatego, że wrosły już w „polski krajobraz” ze względu na naszą specyficzną historię. Czasy wciąż były trudne. Trzeba było szczególnej zaradności, by je przetrwać. Polacy nauczyli się sobie radzić w każdych warunkach.

    No ale wreszcie przyszły, jak to niektórzy mówią, „normalne czasy”, czasy, w których powinniśmy wreszcie zacząć zachowywać się normalnie. Jednak cwaniactwo wcale nie zaginęło i nie tylko dlatego, że stało się drugą naturą, przyzwyczajenie wielu ludzi. Cwaniactwo ma się dobrze i jeszcze wzrasta bo okazało się, że należy ono do istoty nowej kultury, kultury, której uczy nas Zachód – kultury biznesu.

    Pierwszy raz zetknąłem się z jego nową twarzą niedługo po 1989 r. gdy obserwowałem jak powstaje jedna z pierwszych, i to katolicka (przynajmniej z nazwy) szkoła „przedsiębiorczości”. Już po pierwszych zajęciach wysłano studentów do sklepów gdzie miał odbyć się ich sprawdzian z tego, co się nauczyli. Sprawdzian zaliczał ten kto w sklepie wyłudził za darmo jakiś towar. Później zorientowałem się, że to norma gdy zobaczyłem „profesjonalne” reklamy, działanie „nowoczesnych” firm. Dziś spotkać już można często młodych ludzi wychowanych w „nowym”. Są pewni siebie, wygadani, przebojowi i skuteczni. Ich „profesjonalizm’ można ująć jednym słowem – cwaniactwo. To polskie cwaniactwo miało w sobie często wiele fantazji, a nawet uroku. Jego symbolem jest choćby Franek – bohater filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. To nowe cwaniactwo jest zimne, wyrachowane, bezwzględne, nie liczące się z niczym, zakamuflowane, ubrane, często, w pozory dobrego wychowania. Co za czasy. Kultura, której jedną z wartości jest cwaniactwo to kultura barbarzyńska, kultura, której w starej, dobrej Europie nigdy nie nazywano kulturą.

    „Kultura” reklamy

    Gdy włączamy telewizor zalewają nas reklamy, które prezentują specyficzną wizję świata, filozofię życia, hierarchię wartości, coś co już można by nazwać „kulturą reklamy”, coś co jednak bardziej przypomina kulturę zwierząt niż kulturę ludzką. Skąd mi się wzięła ta kultura zwierząt? Ano z takiej wypowiedzi Mickiewicza: „Bo jeżeli naród dobrze mający się i dobrze jedzący i pijący ma być najwięcej szanowany, tedy szanujcie między sobą ludzi, którzy są najtuczniejsi i najzdrowsi. Owóż i zwierzęta maja te przymioty; ale na człowieka to nie dosyć. A jeśli narody gospodarne maja być najdoskonalsze, tedy mrówki przewyższają wszystkich gospodarnością, ale na człowieka to nie dosyć. A jeśli narody rządne maja być doskonałe, tedy kto lepiej rządzi się jak pszczoły; ale na człowieka to nie dosyć.”

    Świat reklamy to jednak nie tylko świat uproszczony, prymitywny i odczłowieczony to również świat kłamstwa, świat, w którym nie tylko wszyscy kłamią ale również uczą innych, że kłamstwo nie jest niczym złym, że to coś normalnego, pewien sposób na życie i sukces. Reklama kłamie niekiedy w sposób pośredni, naiwnie wmawiając w nas, że wystarczy np. possać jakiegoś cukierka, a rozwiąże się wszystkie nasze problemy i kłamie też bezczelnie wmawiając nam, że użycie przez nas tego, co reklamowane załatwi szybko, tanio i skutecznie nasze problemy z praniem, sprzątaniem czy gotowaniem.

    Ostatnio na ulicach polskich miast ukazała się nietypowa reklama bo reklamująca wykrycie kłamstwa w reklamie. Była to reklama pisma „M jak mieszkanie” i zamieszczonego w nim testu wiodących proszków, które, jak informują reklamy w telewizji likwidują wszystkie plamy „już przy 40 stopniach”. Pismo dokonało naukowego testu tych proszków(z udziałem laboratoriów zachodnich). Okazało się, że żaden z nich nie likwiduje całkowicie „przy 40 stopniach” wielu plam. Jeżeli chodzi o plamy z trawy i herbaty to jeszcze, jeszcze. Plamy po praniu są prawie niewidoczne (ale jednak widoczne). Po praniu tymi proszkami plamy z wołowiny rzucają się natomiast ostro w oczy.

    No i co państwo na to? Czy taka dezinformacja nie powinna być zabroniona lub przynajmniej publicznie piętnowana? Kiedyś w dobrych czasach po takiej informacji firmy, którym wykazano oszustwo by zbankrutowały. Dziś dalej sprzedają swoje produkty i finansowo maja się coraz lepiej. Ale czy trudno się dziwić gdy kłamstwo toleruje się nawet w najwyższych kręgach władzy i dalej wspiera się polityków, w oczywisty sposób wbrew sobie, którzy się nim posługują. Czy nie mamy do czynienia z kulturą samobójców?

    „Świat ma nową religię...”

    Gdy idziemy dziś głównymi ulicami Warszawy co chwila ktoś próbuje nas zatrzymać, by wręczyć nam ulotkę jakiejś firmy. Swoje ulotki rozdają też na ulicach sekty. Nie zdziwiłem się więc gdy na ulotce, którą wepchnięto mi do ręki przeczytałem: „Świat ma nową religię...”. Nie wyrzuciłem jej jak to robię z reklamowymi postanawiając włączyć ją do mojego archiwum neopogaństwa.

    W autobusie wyjąłem ulotkę z kieszeni i zabrałem się do jej lektury. Jakież było moje zdziwienie gdy w jej środku zobaczyłem zdjęcia różnych smakowitych wędlin i podpisy: „Szynka”, „Berlinki”, „Krakowska sucha”, „Ogonówka” itd. Okazało się, że jest to ulotka dużej firmy wędliniarskiej, która kiedyś była polska, a teraz „udziały ma w niej” (nie podano tylko jaki ich procent) „pierwsza potęga mięsna w Europie, hiszpańska firma Campofrio Alimentacion”. Cóż w reklamie wędlin można napisać o religii? Ano poczytajmy: „Świat ma nową religię, którą jest kult zdrowia i szczupłej sylwetki.(...) Mamy(...) pomysł na popularyzowanie zdrowego życia i żywienia.”

    No cóż kiedyś kultura była kulturą, a gospodarka gospodarką. Kultura była zapisem duchowych i intelektualnych doświadczeń człowieka i jego mądrości. Gospodarka była narzędziem służącym zaspokajaniu obiektywnych, wyłącznie materialnych, potrzeb człowieka. Dziś tylko ta część kultury ma się dobrze, która się dobrze sprzedaje, a dobrze się, z reguły, sprzedaje to, co kiedyś nazywało się literaturą dla kucharek, a dziś ma szereg wersji od prasowych poprzez książkowe do filmowych. Dziś gospodarka to produkcja i sprzedaż, w znacznej mierze, wartości niematerialnych. Cytowana przeze mnie ulotka jest tylko drobną tego ilustracją. Spójrzmy na reklamy. 95% z nich (tak na oko) reklamuje nie towar, który formalnie reklamuje ale coś niematerialnego, co, według reklamodawców, można osiągnąć nabywając ten towar.

    Mamy do czynienia z nową cywilizacją (papież nazywa ją cywilizacja rzeczy do wyrzucenia), nową kulturą (kultura użycia, bardziej „mieć” niż „być”) i nową religią, której „święte księgi” piszą „kapłani” wielkich koncernów i przyciągając do niej tłumy opróżniają im kieszenie.

    Ratujmy poezję

    Od czasu do czasu w internetowej przeszukiwarce wystukuję swoje nazwisko i patrzę, co na mój temat pisze sie w internecie i prasie. Nie uzyskuję w ten sposób pełnego obrazu sytuacji (nie wszystko jest w internecie; np. „Trybuna, szczególnie ostatnio często o mnie pisze, a w internecie tego nie ma) ale zawsze jest to jakis obraz. Z reguły mogę zapoznać się z 60-70 tekstami, których w jakiejś mierze jestem bohaterem. Ostatnio dotarłem w ten sposob do strony internetowej pt. „Akant – prezentacje literackie”, na której znajduje się, między innymi, dyskusja na temat kondycji polskiej poezji. Dominuje w niej ból z powodu coraz mniejszego, bliskiego już zera, społecznego zainteresowania poezją. Jeden z dyskutantów Leszek Łęgowski kończy swoją wypowiedź, co mnie ucieszyło odwołując się do mojego tekstu: „Moją, może nietypową wypowiedź, chciałbym zakończyć jeszcze jednym cytatem, tym razem z Naszego Dziennika. Z cyklu Notatki o kulturze Stanisław Krajski w artykule Śmierć poezji mówi następująco: „Poezja jest znakiem trwania kultury poszukującej piękna, kultury, która wyrasta z filozofii i teologii, trudnych przecież dla przeciętnego człowieka dyscyplin i która dociera z tym teologicznym i filozoficznym przesłaniem "pod strzechy" w postaci poezji. Kultura, w której żywa jest poezja, to również "kultura serca". I może to jest najważniejsze.:”

    Inny dyskutant Sławomir Mrugowski pisze: „Ufam, że jest sens w refleksji poetyckiej, zastanowieniu nad tym dokąd zmierzamy ulepszając swoje komputery, kupując mieszkania, domy, coraz lepsze samochody..., budując cywilizację zagłady osobowości, wszechujednolicenia i internetowej samotności. Nasze dzieci nie będą z tym szczęśliwe i kiedyś (może jeszcze za naszego życia) świat rozbije się o znak Stop, bynajmniej nie ze względu na technologiczne bariery. Co będzie odpowiedzią na zagubienie? Może więc warto "tracić czas na wiersze".”

    Oczywiście, że warto. Poeci i miłośnicy poezji to przyjaciele rzeczywistości, a zatem prawdy i dobra.

    Elegancja i plastikowe naczynia.

    Koniec XX w. i początek XXI to czas zgrzebny, prostacki i wulgarny, czas, w którym nie ma miejsca dla elegancji. Wielu nie wie już nawet, co to słowo oznacza tym bardziej, że elegancja to coś co trudno zdefiniować czy nawet scharakteryzować. To trzeba czuć. To trzeba, jak to się mówi, mieć we krwi. Aby jednak to czuć, aby mieć to we krwi trzeba to mieć w swoim otoczeniu i życiu. I tu zaczyna się problem.

    Prof. Mieczysław Gogacz pisał w swoim czasie o duchowej elegancji trafiając jak wszystko na to wskazuje, w sedno problemu. Elegancja to inaczej klasa, wytworność, dobry smak, wykwintność. To wszystko zaczyna się we wnętrzu człowieka. Człowiek z klasą to człowiek wielkiej kultury, zanurzony w tradycji i we wszystkim się do niej odwołujący, to człowiek jakoś wielki, jakoś mądry, nie małostkowy, nie chytry, itp., itd. Taki człowiek swą duchową elegancję przenosi na zewnątrz, opromienia nią świat, w którym żyje. Zewnętrznym znak