Dariusz Ratajczak
Historia w niewoli polityki.
Michael Bellesiles, historyk z Emory Unversity, napisał był ostatnio książkę “Zbrojna Ameryka”. Udowadniał w niej, że w przeszłości jego rodacy- nawet ci mieszkający na pograniczach- rzadko posługiwali się bronią. Powoływał się przy tym na zbadane przez siebie testamenty, z których wynikało, iż generalnie amerykańscy kandydaci na szacownych nieboszczyków nie zapisywali strzelb oraz coltów swym sukcesorom.
Dociekliwego historyka, prywatnie gorącego zwolennika ograniczenia dostępu do broni, uhonorowaną prestiżową Nagrodą Bancrofta, stawiano za wzór cnot, słowem: noszono na rękach. Do czasu. Wkrótce niezależni badacze odkryli, że Bellesiles cytował „zapisy testamentowe” ludzi z Rhode Island, którzy nie zdążyli
sporządzić aktów ostatniej woli. Jego twierdzenia jakoby podobne dokumenty (odnoszące się do połowy XIX wieku) badał w San Francisco, również okazały się nieprawdziwe. Miejscy bibliotekarze, wredne i przykurzone mole książkowe, ustalili ponad wszelką wątpliwość, że uległy one zniszczeniu podczas katastrofalnego trzęsienia ziemi z roku 1906.Cóż, kłamcy istnieli zawsze, ale do ostatnich czasów nie oni stanowili trzon środowiska badaczy przeszłości. Historycy, pomimo swych ludzkich ułomności, do których na gruncie krajowym zaliczyłbym konformizm w stosunku do cenzury i... autocenzury, starali się jednak zbliżać do prawdy będącej celem ich dociekań. Jeżeli już kazano im kłamać- robili to najczęściej ukradkiem lub zmieniali obszar zainteresowań.
Aż wreszcie przegrali, spasowali, ustąpili pola nowej, agresywnej rasie szarlatanów, którzy świadomie sprowadzili historię do roli nauki pomocniczej bieżącej polityki. I naprawdę nie chodzi mi w tym miejscu o nieudolnych komunistycznych kłamczuchów- przedmiot kpin kolejny
ch pokoleń studentów. Myślę o ich udoskonalonych, demokratycznych następcach (nierzadko jednak to ci sami ludzie) decydujących o tym, co w historii jest ważne, a co nie jest; o czym pisać należy, a co taktownie przemilczać; co uwypuklać, a co spychać na drugi plan. Myślę przeto o historii mordowanej w imię postępu, „społeczeństwa otwartego” i swoiście pojmowanej tolerancji; historii zależnej od nieważnych z dziejowego punktu bieżących interesików rządzących, utopionej w bagnie tyranii „dobrych intencji”.Powyższe uwagi jak najbardziej odnoszą się do polskiego światka historyków, który po 1989 r. ochoczo zamienił komunistyczny deszcz na politycznie poprawną rynnę z wykrzywioną facjatą fartuszkowego brata w tle. Co tam rynnę: szeroką na podobieństwo rosyjskiego gazociągu rurę. Zapewne to kwestia przyzwyczajenia lub odruch sieroty szukającej zastępczej matki.
Przykłady? Dam Państwu kilka w tonacji bluźnierczo- galopującej, gdyż w odróżnieniu od innych uważam, że inteligent to nie tylko oczytana człeczyna wsparta na plastelinowym kręgosłupie; to również osobnik mówiący otwartym tekstem.
Niewątpliwie każdy „trzeciorzeczpospolitowy” miłośnik przeszłości stoi od razu na straconej pozycji, gdy postanawia obiektywnie przedstawić sprawę stosunków polsko- żydowskich . Nie dość, że rozerwie go na strzępy stado „moralnych autorytetów”, dokopie „Gazeta Wyborcza” („niezależne” media prasowe), wyśmieje TVN („niezależne” media elektroniczne), to jeszcze opuszczą koledzy- historycy, znajomi oraz- w skrajnych przypadkach- mniej odporna nerwowo połowica (w Europie Zachodniej to już norma; w Polsce jeszcze nie). Powiem wprost: w tej materii mamy do czynienia z obrzydliwym antyintelektualnym i antymoralnym terrorem zniechęcającym do jakichkolwiek głębszych dociekań. Być może właśnie w tym przypadku bieżący trend polityczny najskuteczniej wprasował historię w ziemię. Zresztą za zgodą jej adeptów przyłączających się do chóru inkwizytorów. Widać rację miał Stanisław Cat- Mackiewicz mówiąc: „ Polacy to dzielni żołnierze, ale gorzej z ich odwagą cywilną”.
W ogóle zauważalna jest wśród dyspozycyjnych naukowców tendencja do pisania historii Polski z punktu widzenia mniejszości narodowych. W takim ujęciu przedstawia się nas jako naród nietolerancyjny, ksenofobiczny itd. Ja wiem, że interes Polski wymaga stabilizacji za wschodnią rubieżą RP, ale czy naprawdę należy go realizować kosztem prawdy historycznej? Czy można na przykład porównać dramatyczną „Akcję Wisła” z ludobójstwem dokonanym przez UPA na Wołyniu? Czy istnieje jakaś różnica między opuszczeniem domowstwa i stron rodzinnych (nawet pod groźbą karabinu), a dokonaniem żywota w podlanym benzyną kościele, czy pod prymitywną piłą? Czy Polacy dążyli do fizycznej likwidacji Ukraińców podczas wojny i po jej zakończeniu, czy też znaczący odłam galicyjsko- wołyńskich Ukraińców programowo dążył do eksterminacji „Lachów” na kresach? To są pytania, na które wielu polskich historyków nie chce odpowiedzieć, chociaż odpowiednie dokumenty są w zasięgu ręki. Wolą za to wysłuchiwać na „koncyliacyjnych” konferencjach naukowych zupełnie nieprawdopodobnych bajdurzeń swych ukraińskich kolegów po fachu lub sekować niezależnie myślące jednostki w Polsce.
A znajomość problematyki niemieckiej wśród historyków? Cóż, polskie niemcoznawstwo nie istnieje. Zostało zniszczone kilkanaście lat temu. Jest to o tyle dziwne, że w Bundesrepublice funkcjonuje fantastycznie rozbudowany system instytucji działających w ramach „Ostforschung”, których wiedza o Polsce ( ze szczególnym uwzględnieniem ziem północno- zachodnich) musi budzić szczery podziw. Natomiast nasi naukowcy, w tym byli „ostrzegacze” przed niemieckim rewizjonizmem, dzisiaj biorą niemałe pieniądze od wczorajszego adwersarza. Od PZPR do „buziaczka” z panami ze Związku Wypędzonych. Bez wstydu i żalu.
Polityczna poprawność wymusza również na historykach szeregowanie osób i wydarzeń historycznych z ubiegłego wieku (ale nie tylko) „według ważności” i bieżącej potrzeby politycznej. Istnieje więc (zresztą słusznie) Józef Piłsudski, ale dla innych wybitnych postaci tamtych czasów rezerwuje się tzw. mysią dziurę. Dmowski- nie, bo to nacjonalista, a my dążymy do obywatelskiej Europy; Witos- za bardzo przywiązany do polskiej ziemi; konserwatyści- zbyt tradycjonalistyczni w dobie aborcji i eutanazji; Powstania Śląskie- przejaw polskiego ekspansjonizmu bez uwzględnienia „specyfiki Opolszczyzny”, et cetera, et cetera.
Wszystko to jednak nic w porównaniu z wpływem polityki na historię powojenną. Po kilku latach euforii odsunięto na boczny tor niepodległościowe podziemie walczące z komunistami. Prawdopodobnie dlatego, że mąciło dobre samopoczucie działaczy SLD. Dzisiaj „Ogień”, „Łupaszka”, czy „Warszyc” to nie bohaterowie zmagań z komuną, a postaci co najwyżej kontrowersyjne. W zamian nasi historycy i politycy systematycznie odmieniają przez wszystkie przypadki pogrom kielecki z 1946 roku.
Mocno eksponuje się znaczenie „Polskiego Października” 1956 r., ale bardziej z perspektywy młodzieżowego działacza komunistycznego (np. Jacka Kuronia) niż antysowiecko nastawionej ulicy. Na drugim biegunie znajduje się tragiczny „Poznański Czerwiec”.Pozbawiony komunistycznych reformatorów, prawdziwie narodowy, spontaniczny, w konsekwencji niewygodny.
Za to „Marzec” 1968 r. urasta w oczach historyków do wydarzenia epokowego. Już nawet nie napiszę dlaczego, boć zaraz wyskoczy jak diabeł z pudełka „to coś” szepczące o „ nienawiści wyssanej wraz z mlekiem matki”. A poza tym, jak tu porównywać gehennę „poszukiwacza sprzeczności”, studenta A.M., z losem anonimowego poznaniaka zastrzelonego przed gmachem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. No nie godzi się- i tyle.
Później już według schematu: KOR, „Sierpień” 1980 (doradcy plus społeczeństwo; najlepiej w tej kolejności), hamletyzowanie generała Wojciecha Jaruzelskiego i- last but not least- „Okrągły Stół”, czyli polska szkoła kompromisu.
Dyspozycyjność, propaganda, kłamstwa, półprawdy, ćwierćprawdy, wybiórczość. Historia zmierza ku świetlanej przepaści...