Dariusz Ratajczak
Czarni inaczej
Większość historyków i publicystów zgadza się, że współcześni “Afroamerykanie” nie są “czystymi” Negroidami. Nie jest to- szczerze pisząc- porażające odkrycie. Wystarczy pooglądać dowolny mecz koszykarski, filmy Spike Lee czy przyjrzeć się twarzy piosenkarki Mariah Carey. Problem polega na tym, że wytłumaczenie tego zjawiska również podlega politycznej poprawności. Obraca się bardziej w sferze mitów niż faktów.
Teza “urzędników od historii” jest prosta jak cep i brzmi następująco: “Afroamerykanie” nie są kryształowi rasowo dlatego, że ich przodkinie były masowo gwałcone przez narowistych właścicieli niewolników oraz ich gruboskórnych nadzorców. W efekcie rodzili się Mulaci, którzy znacząco wpłynęli na współczesną “wizualność” amerykańskich potomków Afrykanów. Niestety, ten punkt widzenia niemal całkowicie ignoruje istnienie w przeszłości dobrowolnych (stałych bądź krótkotrwałych) związków damsko-męskich o charakterze interrasowym.
Gwałtom dokonywanym przez posiadaczy niewolników i administratorów na murzyńskich dziewczynach nie sposób zaprzeczyć. Jednakże o wiele częstszą praktyką w ziemskich majątkach Południa była swoista “dobrowolność seksualna” (czasami przechodząca w prostytucję) polegająca na tym, że co ładniejsze niewolnice celowo wabiły swych panów do łóżek, licząc na otrzymanie wyższego statusu- dla siebie i ewentualnych dzieci- w ramach funkcjonującego gospodarstwa. I nierzadko osiągały sukces. Stawały się kucharkami, mamkami, piastunkami, szefami służby domowej. Funkcje te zapewniały im co najmniej znośne warunki bytu- nieporównywalne z losem innych niewolników ciężko pracujących w polu.
Równolegle lub wcześniej amerykańskie Południe zasiedlali kolorowi z Karaibów. Wiemy, iż duża grupa Mulatów z Barbadosu przybyła do Charleston i Nowego Orleanu już w latach osiemdziesiątych XVII wieku. Ponad 100 lat później do niepodległych Stanów Zjednoczonych uciekło kilka tysięcy Mulatów z Haiti. W ten sposób ratowali się przed śmiercią z rąk rozjuszonych Murzynów zrzucających francuskie zwierzchnictwo nad wyspą, w tym pozostałości panowania “białego człowieka”. Niewątpliwie oni taką pozostałością byli. W połowie XIX w. w południowych stanach USA pojawiła się kolejna, tym razem mniejsza, grupa Haitańczyków, co skutkowało wkrótce lokalnym konfliktem (“war of color”) między jaśniejszymi przybyszami a w pełni czarnymi autochtonami.
Innym źródłem wzrastającej liczby Mulatów w Stanach Zjednoczonych byli synowie zamożnych i wolnych Murzynów z Południa. Wysyłano ich do Kanady w celu uzupełnienia edukacji. Nierzadko młodzi ludzie powracali w rodzinne strony z białymi towarzyszkami życia. Przykładem niech będzie William “Billy John” Ellison (najstarszy wnuk... czarnego posiadacza niewolników), który przywiózł na rodzinną plantację “młodą irlandzką dziewczynę o imieniu Catherine”. Małżeństwo doczekało się 5 dzieci. Warto również pamiętać, że w związki (małżeńskie lub nieformalne) z nie-białymi wchodzili abolicjoniści obojga płci.
Oczywiście owe praktyki niekoniecznie podobały się białej opinii publicznej. Na przykład w petycji z 12 grudnia 1812 r. skierowanej przez zatroskanych obywateli Dystryktu Orangeburg do lokalnych władz, wskazywano na realne niebezpieczeństwo niekontrolowanego mieszania się ras. Dawano też wyraz trosce, iż seksualno-interrasowym pokusom ulegają nie tylko “męty (dregs) spośród białej społeczności”, ale i członkowie godnych szacunku rodzin. Próby wyjęcia spod prawa związków białych z czarnymi skończyły się jednak niepowodzeniem. Na niewolniczym południu nie istniały formalne przeszkody by wolny Murzyn lub Mulat poślubił białą kobietę.
Zgodnie z federalnym spisem ludności z 1860 r., w stanie Karolina Południowa- matecznika przyszłych konfederatów- na 71 tysięcy białych i nie-białych (tylko wolnych) rodzin żyło 42 Mulatów i 2 Murzynów, którzy pozostawali w związkach małżeńskich z białymi kobietami. Łącznie były one matkami 155 dzieci. 4 białe kobiety uznano za “głowy domu” (musiały być samotne) i podano, że są matkami mulackich dzieci. 15 białych mężczyzn miało za małżonki Mulatki, a 2 związało się z Murzynkami. W kolejnych 2 rodzinach jedynie biały ojciec wychowywał swe mulackie pociechy. Dodatkowo głowami 10% gospodarstw domowych należących do wolnych nie-białych były samotne Mulatki lub Murzynki- matki mulackich dzieci. Ich ojcami mogli być albo Mulaci albo biali.
Liczby te nie wyglądają wprawdzie imponująco, ale też nie w pełni oddają rzeczywistość. Należy pamiętać, że spis federalny nie objął mieszkańców największego stanowego miasta- Charleston. Jest to o tyle ważne, że jedynie 1% nie-białej społeczności Karoliny Południowej poza tym miastem był wolny i w konsekwencji mógł wchodzić w związki małżeńskie lub mniej formalne z białymi. Natomiast w Charleston społeczność kolorowa w 20% cieszyła się wolnością osobistą (prawie 3 tys. 250 ludzi). Wiadomo też, iż interrasowe związki były i są dużo częstsze w dużych ośrodkach miejskich niż na terenach rolniczych.
Obraz dobrowolnych związków miedzy rasami w innych południowych stanach USA zapewne nie odbiegał zbytnio od sytuacji panującej w Karolinie Południowej Anno Domini 1860, czyli tuż przed wybuchem wojny secesyjnej. Na Północy natomiast skala interrasowych mariaży musiała być większa.
Współcześni “Afroamerykanie”- uzupełniani w XX wieku przez dopływ nierzadko mulackich Kubańczyków etc.- są w minimalnym stopniu potomkami brutalnie zgwałconych czarnych niewolnic, jak chcieliby współcześni polityczni poprawnisie. Dajmy spokój plantatorom- defloratorom . Świat jest dużo bardziej skomplikowany, nigdy biało-czarny. Jak zawsze przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach. Żeby tylko w odniesieniu do XIX- wiecznej historii Stanów Zjednoczonych...